8.05.2017
 Często dostaję pytania dotyczące tego jak ma się psychiatria do złego oka i innych tego typu "chorób" spotykanych w magii i medycynie ludowej. Z racji tego, że ostatnio takie kwestie interesują mnie coraz bardziej (ostatni napisany przeze mnie tekst dotyczył zaburzonych magicznych nauczycieli) postanowiłem o tym napisać kilka słów, jednocześnie reanimując bloga.

 Wspomnianymi wyżej kwestiami zajmuje się tak zwana psychiatria kulturowa. Na ogół wyodrębnia się w niej trzy działy: psychiatrię transkulturową, porównawczą i etnopsychiatrię. Pierwsza z nich szuka podobieństw w zaburzeniach psychicznych w różnych kulturach, druga - bada różnice. Trzecia, moim zdaniem najciekawsza, zajmuje się opisywaniem egzotycznych zaburzeń psychicznych, które obecnie nazywa się "zaburzeniami psychicznymi specyficznymi kulturowo". 

 Twórcą nowożytnej psychiatrii kulturowej był Kraepelin (to on stworzył termin "choroba Alzheimera, jest też znany z badań nad schizofrenią), który w czasie swojego pobytu na Jawie zauważył różnice w obrazie depresji między Europejczykami, a mieszkańcami wyspy. 

 Różnice kulturowe widoczne są między innymi w przypadku schizofrenii. Badania jasno pokazują, że to jakie objawy prezentuje pacjent zależy od kultury, w której się wychował. Zauważono między innymi następujące różnice:
  • halucynacje: słuchowe były rzadkie w Austrii i Gruzji, wzrokowe częściej zgłaszali mieszkańcy Afryki zachodniej, a cenestetyczne (dziwne doznania dotyczące wnętrza ciała) częściej zgłaszali mieszkańcy Ghany. Okazało się, że różnice w odbiorze halucynacji wzrokowych mogą wynikać z faktu, że ludzie z Zachodu bardziej zwracają uwagę na obiekty wyraźne, a Azjaci bardziej na tło. Wśród plemion afrykańskich głosy słyszane przez pacjenta bardzo rzadko są nieprzyjemne. Wśród naszych pacjentów najczęstsze są głosy komentujące zachowanie pacjenta w sposób negatywny;
  • w niektórych kręgach kulturowych pewne objawy nie są uważane za coś nieprawidłowego. Dotyczy to chociażby widzenia aur, duchów, czy słyszenia głosów bóstw;
  • epizody psychozy (czyli okresy, w których pacjent ma urojenia i omamy) są ostrzejsze i krótsze w krajach rozwijających się;
  • W obu Amerykach urojenia dotyczą często religijności i magii, w Chinach częste są urojenia zdrady, w Europie (z tego co wiem z wykładów i inszych źródeł) prześladowcze;
  • w świecie tzw. zachodnim dominuje schizofrenia paranoidalna (ta z urojeniami i halucynacjami), a w Azji katatonia i hebefrenia. W schizofrenii katatonicznej może występować mutyzm (pacjent nic nie mówi), osłupienie (spadek aktywności), zastyganie (pacjent przyjmuje dziwaczną pozę i utrzymuje ją przez dłuższy czas). Mój pierwszy pacjent z katatonią leżał na łóżku jak trup, nic nie mówił i odmawiał przyjmowania posiłków (pomógł mu dopiero prąd). Hebefrenia wiąże się natomiast z dezorganizacją zachowania, zaniedbywaniem higieny osobistej i jedzeniem kału (lubią o tym pisać w książkach, sam widziałem na żywo - mocna rzecz).
 Okazało się też, że w różnych częściach globu występują zaburzenia psychiczne, które są charakterystyczne dla danej kultury i wynikają z tego w co, w danym miejscu na świecie, ludzie wierzą. Lista tego typu zaburzeń nie jest w tej chwili zamknięta, znajduje się na niej między innymi znane nam "złe oko", czy też odpowiednik przestrachu i nierwu. Zgodnie z używaną w Polsce klasyfikacją chorób takich zaburzeń jest dwanaście. Są to:
  • amok występujący w Indonezji i Malezji. Jest to nagły atak żądzy mordu, w przebiegu którego ludzie robią krzywdę innym, niszczą przedmioty i tak dalej. Wiele epizodów amoku kończy się samobójstwem, zmęczeniem albo następową niepamięcią (człowiek nie pamiętał co robił będąc w amoku). Za zespół pokrewny amokowi uważa się m.in. tzw. berserkergang;
  • dhat (Indie i Chiny) - jest to zespół dolegliwości (zmęczenie, ból mięśni, lęk, niepokój, kołatanie serca, bezsenność i obniżenie nastroju) związanych z utratą niezbędnego dla życia płynu. W przypadku mężczyzn jest to sperma, u kobiet białe/żółtawe upławy. U mężczyzn mocz może mieć białawe zabarwienie, które panowie wiążą z utratą nasienia. Czasami mają wrażenie, że ich penisy ulegają skróceniu;
  • koro (Indie, południowo-wschodnia Azja i południowe Chiny) - jest to nasilony lęk przed wciągnięciem narządów płciowych do wnętrza ciała. Panowie boją się, że ich penisy zostaną wchłonięte do środka brzucha, w przypadku pań lęk dotyczy piersi i sromu. Zaburzenie cechuje się nagłym początkiem, znacznym nasileniem lęku, może być skutkiem nadmiernego spółkowania. W Chinach przyczynę koro upatruje się w niedostatku yang. Wśród metod leczniczych wymienia się przytrzymywanie narządów przez ich właściciela/właścicielkę/członka rodziny, lekarstwa ziołowe, przyrządy zapobiegające wciągnięciu organów oraz seks oralny;
  • latah (Indonezja i Malezja) - występuję częściej u kobiet (miejscowi tłumaczą to przeświadczeniem, że kobieta ma mniej duszy). W wyniku przestrachu osoba dotknięta latah zaczyna przeklinać, krzyczeć, powtarzają słowa i ruchy osób z otoczenia. Czasami może też wystąpić stan przypominający trans;
  • nerfiza (Egipt, północna Europa, Grecja, Meksyk, Ameryka Środkowa i Południowa) - na skutek stresu, gniewu pojawiają się epizody smutku lub lęku, które mogą objawiać się krzykiem, pobudzeniem, dolegliwościami w klatce piersiowej, nudnościami;
  • pa-leng (Tajwan, wschodnia Azja) - zaburzenie, które ma być spowodowane nadmiarem ying. Polega ono na obecności nasilonych i niczym nie uzasadnionych obawach przed zimnem i wiatrem. Wiążę się z przekonaniem, że ekspozycja na zimno/wiatr może skutkować zmęczeniem, impotencją, a nawet śmiercią;
  • pibloktoq - zaburzenie zwane też histerią arktyczną. Występuje u Eskimosów, którzy żyją za kręgiem podbiegunowym. Objawy zwiastunowe to zmęczenie i depresja. Po ich wystąpieniu pojawia się napad - rozbieranie się, darcie ubrania, tarzanie się w śniegu, niszczenie przedmiotów, powtarzanie słów, jedzenie kału, bieganie bez ładu i składu. Zdaniem Inuitów przyczyną są złe duchy, nauka twierdzi, że to brak słońca i nadmiar witaminy A. Co ciekawe podobne objawy opisywano czasami u żeglarzy, którzy przebywali za kołem podbiegunowym;
  • susto, espanto (Meksyk, Ameryka Środkowa i Południowa) - objawy obejmują bezsenność, gorączkę, biegunkę, jadłowstręt, depresję, wycofanie społeczne. Przyczyną zespołu ma być utrata duszy wywołana przerażeniem u osoby chorej lub jej krewnych;
  • taijin kyofusho (TKS, antropofobia) - występuje w Japonii i dotyka głównie mężczyzn. Zaburzenie jest związane z lękiem przed kontaktem z innymi osobami. Zaburzenie to Japończycy dzielą na cztery odrębne kategorie (lęk przed rumienieniem się, lęk przed kontaktem wzrokowym, lęk związany z brzydkim zapachem i deformacjami ciała). Czasami osoby z tym zaburzeniem boją się, że kontakt z innymi osobami będzie skutkował nabawieniem się choroby. Zaburzenie to leczy się przy pomocy tzw. terapii Morita, na którą spory wpływ miał zen.  
  • Saka (plemiona Bantu, Zulu i grupy zbliżone) - krzyczenie, szlochanie, porażenie kończyn, drgawki. Czasami zdarzają się sny o treści seksualnej i przejściowa ślepota. Przyczyną tych dolegliwości ma być opętanie przez duchy lub spożycie magicznego napoju przygotowanego przez odrzuconego kochanka. Napady występują u młodych kobiet i mogą trwać dni, a nawet tygodnie;
  • uqamairineq (Eskimosi) - tradycyjnie uważa się, że przyczyną tego zaburzenia jest opętanie przez duchy, utrata duszy lub jej wędrówką poza ciałem. Atak zaczyna się objawami zwiastunowymi w postaci wyczuwania zapachu lub słyszenia dźwięku. Potem pojawia się lęk, pobudzenie oraz omamy;
  • windigo (północno-wschodnie rejony Ameryki Północnej) - wierzono, że przyczyną jest opętanie, które sprawiało, że ofiary (najczęściej mężczyźni) spożywały ludzkie mięso. Objawami zwiastunowymi była depresja oraz wycofanie społeczne. Później pojawiało się urojeniowe, kompulsyjne pragnienie jedzenia ludzkiego mięsa. Znamy kilka opisów dotyczących tego zaburzenia - najbardziej znany przypadek to Swift Runner (należący do Kri), który zabił i zjadł żonę oraz piątkę dzieci. Windigo fascynowało naukowców - w latach osiemdziesiątych kwestionowano istnienie zaburzenia, część badaczy jednak nie wyklucza jego autentyczności.
 O zaburzeniach warunkowanych kulturowo zaczęto intensywnie dyskutować, gdy okazało się, że klasyczna psychiatria ("zbudowana" na bazie kultury zachodniej) nie jest w stanie ich skutecznie leczyć. Na brak efektu wpływ miały oczywiście różnice kulturowe i językowe, niezrozumienie przez psychiatrów natury tych zespołów oraz lęk miejscowych przed udaniem się do specjalisty. Owszem, niektóre z tych zaburzeń można leczyć farmakologicznie (np. w przypadku japońskiej antropofobii niezłe efekty uzyskano przy stosowaniu milnacipranu), ale skuteczność leków jest tutaj daleka od oczekiwanej. 

 Znacznie skuteczniejsze okazały się metody leczenia wykorzystywane przez miejscowych szamanów/czarowników/etc., do których pacjenci udawali się po pomoc rezygnując z pomocy zachodnich specjalistów. Naukowcy uważają wszystkie te techniki (mające silne poparcie wśród miejscowych i oparte o miejscową kulturę) za odpowiednich zachodniej psychoterapii. 

 Biorąc pod uwagę powyższe powstał pomysł aby połączyć metody miejscowych czarowników oraz techniki wykorzystywane przez zachodnią psychiatrię. Prekursorami takich rozwiązań były osoby, które miały afrykańskie pochodzenie i jednocześnie ukończyły zachodnie szkoły. Przykładem był Thomas Adeoye Lambo, który jest uważany za pierwszego, wykształconego w nurcie zachodnim, psychiatrę w Nigerii i całej Afryce. Zbudował on miejsce, w którym pacjenci byli leczeni zarówno przez lekarza jak i miejscowych uzdrowicieli. Jego praktyki pomogły w przełamaniu nieufności ludności do leczenia zachodniego i chorych psychicznie. Innym przykładem połączenia zachodniej myśli terapeutycznej i miejscowych metod była grupa stworzona przez Alberta Atcho, w której społeczność terapeutyczną i terapię pracą połączono z miejscowymi praktykami oczyszczającymi. 

 Podsumowując ten jakże długi wywód: w różnych miejscach naszego globu, wśród różnych kultur istnieją zaburzenia psychiczne, z którymi psychiatria (zbudowana na kulturze zachodu) nie jest w stanie sobie poradzić. W takich wypadkach skuteczni okazali się miejscowi uzdrowiciele, więc odsyłanie ich na śmietnik dziejów jest co najmniej przedwczesne. Nadal (mimo ogromnego postępu w medycynie) istnieje nisza, w której mogą się bardzo dobrze odnaleźć. 
3.01.2017
 Wbrew pozorom tekst nie będzie o biologii - nie będę opisywał przemiany pokoleń u mszaków czy płazińców, bo blog nie jest o tym.

 W internetach gruchnęła wieść o tym, że babka z Orli "nie jest już czynna zawodowo". Dostałem w tej sprawie nawet kilka maili. Tak, to prawda, Wiera wstrzymała przyjęcia. Nie pytajcie mnie, czy zrobiła to jedynie tymczasowo, czy na stałe - nie wiem, ciężko powiedzieć. Być może zrobiła sobie tylko chwilową przerwę, ale raczej się na to nie zanosi. Nie wiadomo też, czy zostawiła jakąś następczynię - nikt taki póki co się nie pojawił, więc z dużą dozą ostrożności można przyjąć, że nikt taki się jednak nie pojawi. Nadal przyjmuje babka z Rutki, ale to leciwa kobiecina (ile ma lat nie wiem, niewykluczone, że ona sama tego nie wie) i nie należy się spodziewać, że przejmie wszystkich pacjentów babki z Orli.

 W odpowiedzi na lamenty "olaboga, co to będzie jak one wszystkie wymrą" mogę napisać jedynie to, że i owszem wymrą, bo ludzie są śmiertelni i taki nasz los, że kiedyś po każdego przyjdzie śmierć :> Generalnie dokona się spora zmiana pokoleniowa, bo od uzdrawiania w imię Boże przejdziemy do fazy "czarownictwo ludowe". Tak, wiąże się to z tym, że niektóre praktyki najprawdopodobniej wypadną z obiegu, bo nie będą pasować do nowej wizji. Nie ma w tym niczego dziwnego ani nowego - lekką ręką mogę wyliczyć całą masę tekstów i praktyk, które obecnie są już martwe, bo zmieniła się rzeczywistość. Wymarło np. sporo praktyk związanych z rolnictwem, bo w dobie mechanizacji, chleba w sklepie i innych cudowności zwyczajnie przestały być potrzebne.

 Przy okazji odniosę się do kwestii przemiany pokoleń. Pierwotnie było tak, że uzdrowiciel wybierał jedną, maksymalnie dwie osoby (najlepiej z rodziny, ale nie zawsze), przekazywał im swoją moc i wiedzę, a następnie umierał z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Tak było m.in. z babką z Orli, która otrzymała moc i wiedzę po rodzinie i w ogóle nie dzieliła się swoją wiedzą z postronnymi. Taki model opisują też etnografowie w pracach poświęconych szeptuchom.

 Nie jest to jednak model jedyny. Babka z Rutki dzieliła i dzieli się swoją wiedzą ze sporą grupą osób, ale nie ze wszystkimi jednakowo. Pewnymi technikami dzieli się jedynie z osobami, które jej podpasują. Ciężko mi powiedzieć ile jest takich osób - podejrzewam, że co najmniej kilka, być może kilkanaście, z pewnością nie kilkadziesiąt. Podobnie robiła zresztą babka z Dubicz. Być może babka z Rutki w końcu namaści jedną osobę na oficjalnego następcę, ale na razie się na to nie zanosi.

 Są uzdrowiciele, którzy w przeciągu kilkudziesięciu lat działalności wyszkolili kilka-kilkanaście osób. Jedni biorą tylko jednego ucznia na raz, inni są w stanie uczyć kilka osób jednocześnie. Rozsądnym maksimum wydaje się posiadanie jednoczasowo 4-5 osób "w terminie". Zapanowanie nad większą gromadką może być po prostu niemożliwe, ale znam osoby, które to potrafią. Są też ludzie mający po kilkunastu padawanów jednocześnie, ale to już bardziej komercyjne "twory" w stylu Szeptuchowego Hogwartu.

 Można założyć, że po około dziesięciu latach regularnej praktyki przychodzi czas na to, żeby zacząć kogoś przyuczać. Dziesięciolatek ma już na tyle dużo mocy i wiedzy, że powinien poradzić sobie ze wszystkimi problemami, jakie mogą pojawić się w czasie szkolenia. Zdarza się, że ktoś zaczyna uczyć wcześniej, o ile ma pod ręką kogoś starszego, kto w razie czego wesprze radą.

 Samodzielność rozumianą jako "wiem co robię, wiem dlaczego, umiem (na ogół) wyplątać się z kaszany, w którą się wpakowałem" osiąga się, mniej więcej, po 4-5 latach. Bywają w praktyce osoby, które samodzielne są po około dwóch latach, a po pięciu-sześciu mogą przyuczać, ale to się zdarza rzadko i jest często wynikiem bardzo intensywnego szkolenia i praktykowania.
2.11.2017
 Tekst ten planowałem od dawna - po prostu nigdy jakoś nie było mi po drodze, żeby o tym napisać. Recenzja książki Vadima i to dzieje się na Fejsgrozie uświadomiły mi, że to już czas i pora.

 Patrząc z perspektywy polskiego Facebooka zaczęło się od gimnastyki słowiańskiej. Nie chcę tutaj oceniać tych ćwiczeń, bo nie jestem specjalistą fizjoterapii/nie widziałem tych ćwiczeń, więc ciężko mi powiedzieć, czy ryją kręgosłup czy nie. Jedyne co mnie zdumiewa to fakt, że niektórzy potrzebują duchowej otoczki, żeby zacząć się ruszać.
Oczywiście cała ta mistyczna otoczka z bereginiami w roli głównej to jedna wielka głupota. Sporo w tej kwestii za skórą ma Rybakow, ale nie jego w tym wina, że pisał o tym co mu się wydawało wtedy uprawnione i że ludzie przerobili to co pisał na ezopapkę. O tym dlaczego jest to jedna wielka głupota nie mam zamiaru rozpisywać się na blogu, bo na różnych grupach fejsowych bez problemu można znaleźć polemiki na ten temat.

 Niemniej jednak w pewnym momencie organizatorzy warsztatów z gimnastyką postanowili poszerzyć gamę oferowanych usług. Na profilach fejsbukowych poza ogłoszeniami o ćwiczeniach i zdjęciami wygładzonych do nieskończoności panien w słowiańskich ciuchach pojawiły się reklamy... warsztatów magicznych i inszych (których istotnym elementem jest "część manualna i oralna").

 Jedna z fejsbukowych stron poświęconych ćwiczeniom rozwaliła mnie szczególnie proponowanymi warsztatami. Dawno się tak nie uśmiałem, a niejedno już widziałem w moim czarowniczym życiu.

Ot tak dla przykładu:

Piątek Mokoszy to jeden z najważniejszych kobiecych obrzędów, dzień kiedy kobieta dostaje wyjątkowa siłę - siłę, która tworzy cuda. Takich Piątków jest w roku 12, a daty tych Piątków wyliczone są specjalnym sposobem.

Tja, pewnie astrologicznie - przy użyciu skomplikowanych wzorów obliczeniowych :>

W tradycji ludowej na wschodzie (konkretniej mówiąc u Ukraińców) można znaleźć przekonanie, że w roku istnieje dwanaście piątków, w czasie których należy modlić się do świętej Paraskiewy. Ma to dawać błogosławieństwo Świętej w różnych aspektach. Do wyliczenia dat owych piątków nie potrzeba żadnego specjalnego sposobu - przypadają one przed najważniejszymi świętami prawosławnymi. Owszem - uważa się, że Paraskiewa przejęła wiele atrybutów bogini Mokoszy po chrystianizacji, a dwanaście piątków ma swoje korzenie w wierzeniach pogańskich, ale tworzenie dwunastu piątków Mokoszy wyliczanych specjalnym sposobem to już wymysł zupełnie nowoczesny.

 O tym, że autorki tego kuriozum nie mają większego pojęcia w temacie świadczy sam opis wydarzenia, który sprawił, że śmiechem pizgnąłem i oplułem monitor.

Podczas rytuału wykonujemy w kręgu wszystkie 27 ćwiczeń gimnastyki słowiańskiej strażniczek Mocy Beregini, wykonujemy także Rytuał 9 smaków. Ponieważ chcemy jeszcze mocniej podkreślić siłę tego spotkania, zakończymy je Rytułem Ognistej Spirali.
Dzięki temu Rytuałowi:
- połączymy się z rytmem Ziemi
- odnowimy naszą energetykę
- spalamy negatywną karmę albo szkodliwe dla nas energie egregora
- wzmocnimy deklaracje naszych postanowień noworocznych
- oczyścimy Siebie i nasz Ród

Spiralę to ja znam tylko taką do rzęs :> Koleżanka z gabinetu używa jej co chwila, potem się to wala po moim biurku, bo znajduje się ono najbliżej lustra ("nie widziałeś mojej spirali? Muszę sobie oko zrobić, bo idę do pacjentów"). Niemniej jednak nie zauważyłem, żeby wywoływała ona tak cudowne efekty, może w ramach Dnia Kobiet kupię koleżance produkt innej firmy.

(to takie nawiązanie do memu z Chodakowską - "stawy to ja znam tylko hodowlane", który mnie dzisiaj zaatakował podczas przeglądania internetów)

 Weźmy na tapetę inną zajawkę:
Ponieważ największą siłą jest siła Miłości Absolutnej, chcemy zaproponować Wam udział w tych niezwykłych warsztatach, które poświęcone będą właśnie tej tematyce, ale prowadzone przez i dla słowiańskich serc.
[...]
To będzie mocne, energetycznie wysokie spotkanie na najwyższej wibracji miłości. Stworzymy krąg, połączymy się z energiami Ziemi i Kosmosu, poprosimy naszych przodków i wszelkie żywioły o wsparcie i rozpłyniemy się w najpiękniejszym temacie we Wszechświecie – Miłości Absolutnej.

Ciekawe jak wszystkie te ludowe rytuały miłosne polegające na zabijaniu zwierząt, dolewaniu krwi miesięcznej do jedzenia i tak dalej mają się do wysokich wibracji i Miłości Absolutnej. Nasi przodkowie z pewnością poszukiwali Miłości Absolutnej zawsze i wszędzie - zwłaszcza na sianie, gdy nikt nie widział ;]

 Takie cukierasy nie tylko na fejsbuku oczywiście - na YT też są w ilości całkiem sporej. Jedna z wróżek co prawda mówi, że jej magia to "nie jest magia szeptuchowska", ale o co robią szeptuchy i jak opowiada całkiem sporo :> Namnożyło się kursów i rozmaitych magicznych akademii, gdzie uczą tego, owego i dają kolorowe papierki potwierdzające, że się zapłaciło. Rozmawiałem kiedyś z jedną z absolwentek, która powiedziała, że się zna, bo dostała dyplom. Ładnie pisała o energiach, świadomościach i kreowaniu zła słowem, ale wysiadła w momencie, gdy okazało się, że trzeba zrobić coś praktycznego i że "magia szeptuchowska" to coś więcej niż ezojajeczko i kulki z lnu. 

1.16.2017
 Część trzecia recenzji książki. Ostatnia - uff. można odetchnąć, bo to już koniec ;]

Część 4: Okadzanie jako transformacja materii. 

Krótko mówiąc będzie o kadzidłach. Na początku autor postanowił wytłumaczyć Czytelnikowi w jaki sposób to wszystko działa. Oczywiście wszystko opiera się na fizyce kwantowej - w tym wypadku na scenę wkracza antymateria.

Jeśli przyjrzymy się kwestii kadzenia z perspektywy fizyki kwantowej, ten proces wydaje się nad wyraz interesujący. Jeśli weźmiesz do ręki dowolną roślinę, poczujesz jej przyjemną materię, która po spaleniu znika. Na jej miejscu powstaje antymateria lub energia. 

 Dalej mamy wykazy, które zioło działa na co, jak przyporządkować zioła do znaków zodiaku czy planet. Autor nie pisze ani słowa o tym, dlaczego akurat wybrał takie dopasowania, a nie inne. Podaje gotową "wiedzę" i tyle. 

 W rozdziale są też różne mieszanki ziołowe, których spalanie ma dawać konkretne efekty. W rozdziale można znaleźć m.in. przepis na kadzidło "Biały miś" (pozbywanie się negatywnych myśli z umysłu) czy Kreml (mieli go używać carowie "dla lepszej pozycji w społeczeństwie oraz w obronie przed przykrymi zdarzeniami w życiu").

Część 5: Terapia karmy. 

Jak wiadomo w żadnej "porządnej" ezoterycznej książce nie może zabraknąć tematyki karmy. To ciekawe, bo magii ludowej obce jest to pojęcie. 

Z tematem karmy ściśle powiązana jest fizyka kwantowa, na której to bazuje także religia voodoo oraz inne rodzaje magii. Szamani oraz szeptuchy pracują w oparciu o tę samą materię.

Nic dodać, nic ująć.

 W dalszej części rozdziału autor rozwodzi się nad "karmą języka" i pisze o tym, że trzeba zwracać uwagę na "rodzajnik słowa w danym języku". Podejrzewam, że autorowi chodziło raczej o rodzaj gramatyczny słów, bo rodzajniki jako takie nie występują w wielu językach. W książce pokazano przykłady tych samych słów w języku polskim, niemieckim i rosyjskim. Sporo można zarzucić tej ostatniej kolumnie - słowa zapisano alfabetem łacińskim, ale zapis jest po prostu niespójny, bo te same litery oddano w różny sposób (w/v, sh/sch - devushka/wojna; devushka/reschenije). Przy okazji mała perełka:

"Muszę odebrać dziecko z przedszkola" powiedzą Niemcy. TO dziecko, czasownik rodzaju nijakiego. W języku rosyjskim dziecko jest rodzaju męskiego.

Krótko mówiąc "dziecko" jest czasownikiem ;]

Podsumowując:
Tak złej książki jeszcze nie recenzowałem. Miałem okazję czytać naprawdę złe dzieła (tematyka różna - nie tylko ezoteryczna), ale nie pojmuję jak ktoś mógł napisać coś tak potwornego ;] Gdzieniegdzie przebijają się oryginalne ludowe sposoby, ale zostały tak nieudolnie przerobione na ezomodłę, że z oryginałem nie mają za wiele wspólnego. 

 Niestety trzeba się liczyć z tym, że takich książek na rynku będzie przybywać. W internecie (i to nie tylko polskim) widoczny jest pewien trend, którego Vadim jest typowym przedstawicielem. O tym co mam konkretnie na myśli napiszę zapewne oddzielny tekst, bo problem wymaga szerszego omówienia. 
12.15.2016
 Nie ma się co pieścić, trzeba pisać - krótko mówiąc kolejna część recenzji książki "Sekrety Szeptuch".

Część 2: Wiedza szeptuch dziś.

Na początku mamy całą litanię tego co organizmowi szkodzi, a co nie. W zasadzie są to treści, które można znaleźć na wielu stronach www i w wielu książkach dotyczących zdrowego odżywiania. Wszystko opisane z perspektywy ezoterycznej.

 Ciekawostki zaczynają się we fragmencie poświęconym koloroterapii:

 Jak widzisz, szeptuchy bardzo często pracują na bazie kolorów. Wspólnym mianownikiem terapii barwami jest przeświadczenie, iż każdy kolor ulega drganiom cząsteczek. Drgania te przenoszą się zarówno na ciało, jak i na duszę pacjenta oraz wspomagają uzdrowienie ludzkich sfer życiowych. 

Działanie kolorowego światła można wyjaśnić za pomocą badań biofotonowych. Komórki każdego organizmu żywego przesyłają fale elektromagnetyczne. Za pomocą tzw. biofotonów, które zostają wchłaniane przez nasze oczy, komórki komunikują się ze sobą. Ponieważ ludzkie ciało otoczone jest polem biofotonowym, zostanie wzmocnione przez działanie farb za pomocą wymiany fotonów. 

Jak widać autor wali pseudonauką ile wlezie i przy każdej niemal okazji ;) Dalej mamy oczywiście przesiąknięte tanim ezoteryzmem opisy kolorów i nieśmiertelną tabelkę zawierającą informacje jak kolory wpływają na nasze życie. Wszak tabelka jest sprawą obowiązkową.

 W dalszej części Vadim opisuje "Retriming" - jego zdaniem jest to praktyka, która w ciągu 15 minut usunie z ciała i psychiki każdy nałóg. Kwintesencją całej metody jest, moim zdaniem, to zdanie: "Możesz zaproponować, że w zamian za uwolnienie się z nałogu codziennie będziesz głaskać swój brzuch".

Gdyby ktoś miał wątpliwości - z przyjętej obecnie hipotezy powstania uzależnienia wynika między innymi fakt, że jest ono praktycznie nieuleczalne. Połączenia neuronów, które wytworzyły się w procesie rozwoju uzależnienia nie da się "fizycznie" usunąć. Można jedynie wytworzyć nowe połączenia, czyli nauczyć pacjenta nowych odruchów i nawyków. Potrzeba do tego pewnego okresu czasu i zdecydowanie nie jest to 15 minut ;] Cały problem komplikuje dodatkowo fakt, że mimo nabycia nowych umiejętności nadal istnieje możliwość "włączenia" starych mechanizmów co kończy się powrotem do niekontrolowanego zażywania substancji. 

 Kolejne poruszane przez autora tematy to liczby (określanie dobrej i złej karmy w relacji między dwiema osobami, ludzki los wyczytany z cyfr rzymskich) oraz "niezwykła moc piramid". W rozdziale poświęconym piramidom znalazłem kolejną mądrość:

W świecie szeptuch istnieje tzw. piramida pragnień pięciu elementów. Powstała ona w szamańskich kręgach i stanowi pradawną pamiątkę po syberyjskich szamanach. Piramidy te powstawały w lasach, aby je chronić i nasiąkać ogromną dawką energii. 

 Kolejnym mocnym akcentem jest "Oczyszczenie DNA". Autor twierdzi, że metoda oczyszczania DNA, którą prezentuje pochodzi z "pradawnych nauk uzdrawiania przez szeptuchy". Na szczęście nie tłumaczy skąd pradawne szeptuchy miałyby czerpać wiedzę na temat DNA i metod jego oczyszczania. 

 Najwięcej miejsca w części 2 zajmują: "Magiczne rytuały i wskazówki od A do Z" oraz "Recepty i ćwiczenia od A do Z". Lektura wszystkich tych rytuałów, wskazówek i ćwiczeń stanowi niewyczerpane źródło radości :> Rozprawienie się ze wszystkimi tymi poradami serwowanymi przez Vadima zlikwidowałoby problem "o czym napisać na blogu?" na co najmniej rok. Autor podaje m.in. wykaz kadzideł najlepszych dla poszczególnych znaków zodiaku, opisuje też działanie trzydziestu kamieni szlachetnych (o istnieniu niektórych z nich babki wiejskie nie mają bladego pojęcia). 

 Urzekły mnie m.in.: specjalne znaki karmy stosowane przez szeptuchy (są oczywiście rysunki), magiczny kwadrat szeptuch, rytuał ratujący paznokcie oraz sposoby na uniknięcie ciąży (wstrzykiwanie białka do waginy/masaż brzucha przy pomocy szklanki z wodą). Są też oczywiście zaklęcia typu "Dzięki Matce Boskiej mam czystą i jedwabistą skórę, amen". 

 W haśle "Voodoo" znalazłem kolejną perełkę wartą cytatu:

Metody lecznicze szeptuch opierają się również na terapii z użyciem voodoo. Nikt jednak nie wie, skąd  czerpią one wiedzę na temat. Procesy rytualne za pomocą voodoo służą właśnie uzdrawianiu. Oto jeden z nich: Weź czarną kartkę papieru i napisz na niej trzydziestokrotnie imię chorego, a tuż obok słowo "wyzdrowienie". Spal ją i koniecznie pozbądź się popiołu. 

 Zdaniem autora wiedza szeptuch obejmuje też sposoby na popękane pięty, zmarszczki i usuwanie zrogowaciałego naskórka.  

Część 3: Uzdrawianie za pomocą obrazów sakralnych.

 Już w pierwszych zdaniach autor atakuje mocnym tekstem: 

Setki tysięcy lat wstecz wielu ludzi przemierzało niezliczone ilości kilometrów po to, aby ujrzeć obrazy świętych i choć przez chwilę poczuć ich niezwykłą, uzdrowicielską moc. 

Krótko mówiąc tabuny neandertalczyków pielgrzymowały po świecie, żeby spojrzeć na ikony świętych, którzy to święci wierzyli w religię, która wtedy jeszcze nie istniała. Co więcej wielu z nich umarło z powodu tej wiary.



 W dalszej części autor pisze o tym, że ikona używana do uzdrawiania nie może być odkupiona ani odziedziczona - musi być stworzona przez uzdrowiciela. Wspomina też o tym, że "dzięki pracy z ikonami dochodzi do powstania pola morfogenetycznego". 

 W dalszej części rozdziału poświęconego ikonom znaleźć można "malownicze wzory i oryginały". Krótko mówiąc są to projekty ikon, na podstawie których można namalować coś swojego. Autor podaje wskazówki co do tego jakich farb użyć. 

12.10.2016
 Przez kilka ostatnich dni na moją tablicę na Facebooku wrzucałem fragmenty pewnej książki - wywołały one spore kontrowersje wśród moich internetowych (i nie tylko) znajomych. Wśród komentarzy padały pytania: "skąd Ty to bierzesz?", "skąd są takie cuda?" i tak dalej. Przyszła pora na odsłonięcie kurtyny! Przed Wami recenzja książki pod tytułem: "Sekrety szeptuch Ludowe sposoby uzdrawiania", której autorem jest Vadim Tschenze. Yep - to z tego dzieła pochodzą wszystkie cytaty.

 Autor książki jest uzdrowicielem duchowym i szamanem, który co prawda mieszka w Szwajcarii, ale urodził się i wychował w rosyjskiej rodzinie. Vadim ma bardzo szerokie zainteresowania - oprócz magii szeptuch zajmuje się także m.in. "szamańskim uzdrawianiem duchowym, jak i pojęciem karmy, jej przezwyciężaniem oraz układem planetarnym. Stworzył również szamańską metodę autokorekty".

 Autor zdecydowanie nie pieści się z czytelnikami i pierwsze mocarne kawałki (zwane też w niektórych kręgach rakami) serwuje już w przedmowie. Można tam mianowicie znaleźć taki oto fragment:

W dzisiejszych czasach sposób działania takich rytuałów można wyjaśnić za pomocą fizyki kwantowej, danych cech elementu i teorii przewodzenia impulsu.

Nie pytajcie mnie co to zdanie znaczy, bo nie wiem - koledzy fizycy też nie wiedzą co autor miał na myśli.

Część 1. Kim są szeptuchy?

Duchowi uzdrowiciele wykorzystują przeróżne metody terapii. [...] Najważniejszy jest jednak fakt, iż wspólnym mianownikiem wszystkich tych metod jest WYŁĄCZNIE zdolność do samoleczenia  ciała oraz duszy, stanowiąca czynnik, na bazie którego pracuje każdy uzdrowiciel.

Cóż, nie wiem na jakiej bazie pracują współcześni uzdrowiciele, ale szeptuchy na pewno nie wpasowują się w ten opis. Gdyby ludzie posiadali cudowną zdolność do samoleczenia to uzdrowiciele duchowi i lekarze raczej nie byliby potrzebni :> Metody szeptuch bazują na mocy pochodzącej od Maryi, Jezusa i Świętych Pańskich. Oprócz tego istotna jest także osobista moc uzdrowiciela, która znajduje się w jego krwi - jeżeli krew uzdrowiciela jest "silniejsza" niż krew pacjenta i choroba, która w nim siedzi stan chorego poprawi się. Oczywiście o tym, kim de facto są Ci Święci i insze istoty pojawiające się w tekstach można dyskutować i dyskutować... pisałem o tym zresztą na blogu niejednokrotnie.


Kim są właściwie szeptuchy? Od początku istnienia Państwa Rosyjskiego wielką popularnością cieszyły się kobiety zwane czarownicami czy też magicy oraz mężczyźni zajmujący się ziołolecznictwem. Określano ich mianem "Povetucha". Ludzie ci zamieszkiwali wsie i przyjmowali potrzebujących w swoich domach. Nauki tych ludzi były znane pod pojęciem "lecznicze metody szeptuch".

1) Szeptuch nie określano mianem czarownic. Owszem - z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że jestem czarownikiem uprawiającym magię ludową, ale na wsi nikt tego tak nie określi.

2) Magicy to zupełnie inna sprawa i w ogóle bym ich do tego nie mieszał.

3) Podlaskie szeptuchy słabo znają się na ziołach - wykorzystują niektóre z nich, ale w celach rytualnych, nie można więc nazwać tego klasycznym ziołolecznictwem. Czasami rzeczywiście różne "funkcje" przenikały się ze sobą, ale nie była to reguła i należałoby o tym pamiętać.

4) Słowo Повитуха (powitucha) oznaczało kobietę, która zajmowała się odbieraniem porodów i uczeniem młodych matek jak opiekować się dzieckiem i spełniać wszystkie obowiązki matki. Zadaniem powituchy było też przeprowadzenie wszystkich rytuałów związanych z chrztem i przyjęciem dziecka do społeczności. Najczęściej roli tej podejmowały się kobiety starsze, które nie miesiączkowały, pochodziły z porządnych rodzin i były szanowane przez lokalną społeczność. Najlepiej jeśli obowiązki te wykonywała wdowa, ale jeśli kobieta miała męża to powinien on być porządnym chłopem - nie zdradzać po krzakach i nie chlać na umór. Patronką tych kobiet miała być Salomea - żona Zebedeusza. W czasie porodu recytowano specjalne teksty, w których pojawiało się jej imię i które miały zagwarantować bezproblemowy poród. Rozciąganie tego określenia na mężczyzn, czy magików jest po prostu nieporozumieniem.


Zgodnie z filozofią szeptuch człowiek znajduje się w tzw. Matriksie. Oscyluje jako komórka we wszechświecie, gdzie następuje ciągła odnowa komórek. "Zdrowe" komórki systemu (tutaj jako dobrzy ludzie) są wspomagane i stale ulepszane, zaś nad "chorymi" komórkami (tutaj jako egoistyczni i wyrachowani ludzie) krąży określone fatum.

W zasadzie nie wiem nawet jak to skomentować... Matriks to zupełnie nie ta bajka, a opis kiepsko przystaje do rzeczywistości. Jedynie w baśniach dobro zawsze wygrywa, jest zawsze wynagradzane, a zło zawsze spotyka kara. W realnym świecie jak wiadomo wielu zbrodniarzy miało i miewa się nadal całkiem dobrze, a tzw. "dobrzy ludzie" klepią biedę.

W wierzeniach ludowych istniało co prawda przekonanie, że "nie ma zbrodni bez kary", ale niejednokrotnie nikt nie czekał na to, aż Natura, czy inne Siły Wyższe należycie ukarzą zbrodniarza. Zresztą, nie ma się co rozpisywać:


Ot i tyle w temacie ;]


Również matrioszka, rosyjska zabawka, wykonana z drewna, stanowi element sztuki uzdrawiania szeptuch. Umożliwia ona bowiem przekazywanie energii oraz wpływa na spełnianie marzeń. [...] Matrioszki w Rosji są niezwykle popularne i od lat są nieodłączną tradycją tego kraju. Uchodzą za najstarszy symbol słowiański, przekazywany z pokolenia na pokolenie.

Dla niezorientowanych - ów "najstarszy symbol słowiański", czyli matrioszka, pochodzi z XIX wieku, dokładniej mówiąc z 1890 roku. Był to okres kiedy w Imperium Rosyjskim bardzo modny był powrót do ludowości i poszukiwanie korzeni. Jednym z czołowych przedstawicieli owego "stylu rosyjskiego" był Siergiej Maliutin, który stworzył szkic matrioszki inspirując się pewną japońską lalką. Pierwszą lalkę, na podstawie szkiców Maliutina, stworzył Wasilij Zwiezdoczkin. Nie jest to tajemna wiedza - wystarczy odpalić Wikipedię i poszukać. O lalkach spełniających życzenia pisałem już na blogu; robi się je zupełnie inaczej niż matrioszki.

 W dalszej części tego rozdziału autor opisuje przyczyny różnych dolegliwości. Na moim FB wylądował fragment dotyczący zaparcia, które zdaniem autora, może wynikać z konserwatyzmu. Następnie przechodzi do wymieniania dolegliwości, które mogą zostać wyleczone przy pomocy "leczniczych metod szeptuch". Z tego fragmentu wynika m.in., że uzdrowiciele zajmują się leczeniem raka, Parkinsona i chorób genetycznych oraz wrodzonych, które są karmicznymi dolegliwościami wynikającymi z przeszłości.

 Kolejne strony zawierają "rytuały Baby Walji", która była babcią autora i ludową uzdrowicielką. Czytając owe opisy dowiemy się m.in., że "Baba Walja była analityczką" (ciekawe, czy miała też kozetkę), "swoje teorie opierała również na zasadzie karmy. Była bowiem przekonana, iż wszystkie problemy i dolegliwości są związane z tą materią" i twierdziła, że "czakra serca pachnie różami". Co ciekawe w tekście znajdują się też opisy autentycznych ludowych rytuałów, które mają sens. Problem w tym, że są one przerobione na modłę New Age'ową. Ciężko powiedzieć, czy skażenie NA dotknęło już Babę Waliję, czy po prostu autor dodał sporo od siebie i przerobił na swoją modłę rzeczy, których pierwotnego znaczenia nie rozumiał.

 Zbliżamy się do końca pierwszej części książki (przed nami jeszcze cztery), ale autor nie zamierza nas oszczędzać i serwuje kolejne harde kawałki.

Za każdym razem mam nieomylne wrażenie, że rytuały szeptuch są w dużej mierze powiązane z szamańskimi procesami, jak i z obrzędami druidów. Druidzi żyli ponad 2000 lat temu w Irlandii i Brytanii. Stanowili duchową elitę celtycką, których mitologia miała również wiele wspólnego z rytuałami.

Szczególnie interesujące i godne opowiedzenia są dawne rytuały druidów, które moja babcia odprawiała w wyjątkowych przypadkach. Do tego celu potrzebowała okrągłego, niebieskiego, szklanego naczynia. Do jego środka wkładała czarną bądź niebieską świecę. Obowiązuje tutaj bowiem ta sama zasada, jak w przypadku Halloween, kiedy 31 października do wydrążonej dyni wkłada się świece.

W czasach obecnych można spotkać wiele monumentów celtyckich, które stanowią pozostałości przeszłości. Są to megality bądź Stonehenge, które zostały zbudowane w czasach druidów i były przez nich szczególnie czczone i szanowane. Zadziwiające jest, że moja babcia w swoim ogrodzie również posiadała kamienną budowlę.

Z cytatów płynie jasny i logiczny wniosek, że powinienem zmienić nick na Neo Vermoramix, który połączy ze sobą Matrix i druidów :>

 Ciąg dalszy nastąpi - muszę przerwać, bo mózg mi się ugotuje od tego morza bredni ;]
11.12.2016
 Wiem, że dawno na blogu nie pojawiło się nic nowego, ale to nie oznacza, że blog jest martwy i nic więcej się na nim nie ukaże (nie, nie - ci wszyscy, którzy skrycie marzą "niech on już skończy!" mogą zacząć rwać sobie włosy z głowy). Melduję też, że cieszę się dobrym zdrowiem i jeszcze nie umarłem :>  Po prostu ostatnio cierpię na brak czasu, bo ciężko jest pogodzić pracę na pełen etat, z byciem czarownikiem na pełen etat, uczyć się, uczyć innych, prowadzić bloga, przeglądać grupy na FB/fora i wyrobić się ze wszystkim w ciągu doby.

 Na grupach rodzimowierczych i słowiańskich zewsząd atakuje Wielka Lechia i Lechici, którzy byli nadludźmi, mieli wiedzę wszechświata w małym palcu i nauczyli Żydów pisać i czytać. Nie pytajcie mnie o co w tym wszystkim chodzi, bo nie wiem, a ponieważ postawa "nie wiem to się wypowiem" jest mi obca, więc nie napiszę zbyt wiele na ten temat.

 Przy okazji Lechitów na tapetę trafia też głagolica i język starosłowiański. Jeden z czytelników mojego bloga pytał mnie o to czym ten język starosłowiański jest, bo jedna z wróżek występujących w telewizji na swoim kanale na YT pisała o tym, że szeptuchy robią czary w tym języku. Spieszę więc poinformować (zarówno czytelnika jak i te wszystkie rzesze użytkowników FB, którzy o tym języku piszą), że język starosłowiański nie istnieje. Mówiąc najprościej: staro- jest zarezerwowany dla najstarszej postaci pisanej danego języka. Cały problem polega na tym, że kiedy pojawiły się najstarsze znane nam zabytki pisane, jednolitego języka słowiańskiego już nie było (zdążył się podzielić).

 Owszem - czasami można spotkać się ze sformułowaniem "język starosłowiański" w literaturze, ale wtedy terminem tym określa się język staro-cerkiewno-słowiański (s-c-s). Nie jest to jednak zbyt fortunne, bo sugeruje, że mamy pisane świadectwa jakiegoś języka, którym mówili wszyscy Słowianie, a to nieprawda.

 Zostaje nam jeszcze ta nieszczęsna głagolica, czyli najstarsze (znane nam obecnie) pismo słowiańskie. Jego stworzenie przypisuje się Cyrylowi i to w zasadzie tyle co można napisać o jego pochodzeniu. O tym skąd wzięły się poszczególne litery tego alfabetu napisano sporo naukowych rozpraw, ale źródła kształtów niektórych liter nie udało się ustalić. Niektóre znaki mają więcej niż jedno możliwe pochodzenie. Pod uwagę bierze się m.in. pochodzenie od liter łacińskich, greckich, koptyjskich, czy hebrajskich. Podobnie jest zresztą z nazwami liter- nie wiemy skąd wzięły się niektóre z nich. Dlatego też trzeba uważać na to, co piszą różni ludzie na różnych blogach na ten temat. Wiele bzdur już widziałem, z kosmicznymi energiami i karmą włącznie :>

 Przeglądałem ostatnio blog poświęcony głagolicy, który był pełen takich kwiatków. Zdziwiło mnie to, że zawierał on informacje niedostępne w popularnej literaturze tematu (czyli np. w Bartuli), a jednocześnie był pełen głupot. Mocarna lektura.

 Najbardziej rozbroiło mnie pytanie na jednej z grup - "jak przetłumaczyć coś na głagolicę?". Tłumaczy się na ogół coś (teksty/wypowiedzi ustne) z jednego języka na drugi. Głagolica jest alfabetem, który był/jest stosowany do zapisu różnych języków, więc ciężko cokolwiek na nią przetłumaczyć.

 Po tym jakże długim wstępie językowym pora na temat główny... językowy. Będzie mianowicie o tym tekstach guseł i ich tłumaczeniu.

 W moim arsenale są zaklęcia w cerkiewnosłowiańskim, rosyjskim, chachłackim, bułgarskim, serbskim, chorwackim, słoweńskim. Parę romskich też się znajdzie. Całkiem sporo, ale to języki w mniejszym lub większym stopniu do siebie podobne, więc jest nieco łatwiej.

 Czasami jednak podobieństwa mogą bardzo mylić: np. wyraz гора w języku rosyjskim oznacza górę, a w bułgarskim las. Inna jest za to wymowa - Rosjanin przeczyta to jako [gara] z akcentem na drugie "a", a Bułgar jako [gora]. Analogicznie jest z językiem cerkiewnosłowiańskim - Rosjanin przeczyta ten sam tekst nieco inaczej niż Ukrainiec. Różnica jest de facto jedna i niby kosmetyczna, ale czasami może wpływać na rozumienie tekstu. Oczywiście pod warunkiem, że obaj przeczytają tekst zgodnie z oficjalną redakcją (której najczęściej uczą się na lekcjach prawosławnej religii), a z tym różnie bywa.

 Babki wiejskie to zupełnie inna para kaloszy - niektóre z nich czytają fragmenty Biblii w czasie obrzędów. Często jest to Biblia cerkiewnosłowiańska, ale widziałem też rosyjskie i ukraińskie wersje. Różne wersje wymowy też słyszałem - niektóre babki czytają je zgodnie z wersją językową tekstu (czyli odpowiednio - cerkiewnosłowiański, rosyjski, ukraiński). ale są też takie, które czytają po chachłacku. Gwary te w zasadzie nie mają standardu pisanego, więc czasami mam wrażenie, że to co babka czyta i to co stoi w książce to dwie zupełnie różne rzeczy.

 Analogiczna sytuacja dotyczy wszystkich modlitewników i tzw. zeszytów,. w których niektóre babki miały spisane zaklęcia. Zapisanie "ze słuchu" tekstu bywa trudne, potem zdarza się tak, że podczas czytania wymowa po raz kolejny ulega zmianie.

 Oczywiście można pokusić się o przetłumaczenie wszystkiego na polski i używać rytualnie tylko jednego języka. Jest to trudne, bo zaklęcia są czasami rymowane, często mają swoisty rytm, który ułatwia wejście w odmienny stan świadomości. Podczas tłumaczenia nie da się tego odtworzyć bez zmiany treści i trzeba arbitralnie orzec, czy bardziej zależy nam na wierności oryginalnemu tekstowi, czy jednak na rytmie. Poza tym są takie sformułowania, czy też zbitki wyrazowe (te ostatnie mają często za zadanie nadać rytm), których po prostu nie da się zgrabnie przetłumaczyć na polski. Problem ten dotyczy też pewnych słów - na blogu np. używam rosyjskich/chachłackich nazw dolegliwości, bo sporą część z nich można przetłumaczyć na polski tylko opisowo - wygodniej zachować jednowyrazowe nazwy oryginalne.

 Podsumowując (metajęzykowy operator zapowiadający podsumowanie): słowiańskie języki - trudne języki; język starosłowiański nie istnieje; nie czytać głupot o głagolicy; Wielka Lechia atakuje!

Szukaj na tym blogu

Łączna liczba wyświetleń

Archiwum

Obserwatorzy

Kontakt

mail: verm@onet.pl