11.26.2014
 Dzięki uprzejmości Arka i Sheili wpadła mi w ręce "Księga czarostwa Bucklanda". Przeczytałem, pora na recenzję. Bez zbędnych wstępów przechodzimy do meritum - niech popłyną nieprzebrane strumienie hejtu! Od razu zaznaczę, że nie będę rozpisywał się o każdym rozdziale książki - zrecenzuję te przeze mnie wybrane, zawierające interesujące mnie smaczki.

 Książka przypomina pstrokatą romską kieckę - krótko mówiąc jest na bogato, ale nie koniecznie z sensem i książka trochę nie trzyma się kupy. Jestem wdzięczny moim przodkom za kurpiowskie geny, bo gdyby nie one pewnie bym umarł po przeczytaniu spisu treści. Dzieło Bucklanda idealnie nadaje się na podręcznik dla jakiejś szkoły ezoterycznej, bo omawia bardzo wiele różnych rzeczy, niektóre z nich można by było spokojnie wyrzucić. Autor ma niestety ciężkie pióro i jego książka ma tendencję do usypiania czytelnika - lepszym środkiem nasennym od Bucklanda jest chyba jedynie podręcznik do farmakologii prof. Kostowskiego.

 Wielkim minusem książki jest jej polski przekład. Tłumaczka popełnia błąd już przy tłumaczeniu dedykacji umieszczając w niej niejaką "Scirę". Wystarczy konsultacja z Google - informacja o tym, że Scire to Gerald Gardner widnieje chociażby w polskiej i angielskiej Wikipedii. Błąd pojawia się ponownie na stronie 119: "Innymi słowy, nie jesteś znana jako czarownica Lema czy czarownica Scire, lub jak się tam zwiesz. Jesteś po prostu Lemą lub Scirą. Na szczęście tłumaczka nie poszła o krok dalej - kolejny błąd mógłby skutkować zrobieniem ze Sciry np. Ściry (a stąd już niedaleko do naszej, swojskiej Ściery).

 We wstępie do drugiego wydania możemy znaleźć pierwszą głupotę popełnioną przez autora - będzie ich oczywiście o wiele więcej. Buckland pisze, że "Czarostwo, czyli wicca, jest starą religią i praktyką, która wyprzedza w czasie chrześcijaństwo". O tym, że czarostwo to nie tylko wicca, ale też wiele innych ścieżek napisano już w polskich internetach tyle, że nie mam ochoty wyjaśniać problemu po raz kolejny.

 Nieco dalej autor umieszcza kolejną złotą myśl: "Wicca rozwija się swobodnie, bez centralnej władzy zwierzchniej, dzieląc się na wiele wyznań, czyli "tradycję". Większość z nich ma swoje korzenie w tym, co po raz pierwszy zaprezentował Gardner w latach 50tych XXw,". Krótko mówiąc istnieją odmiany wicca starsze niż sama wicca. Oczywiście o tym, że nazwa wicca powinna być zarezerwowana dla tzw. wicca tradycyjnego autor nie wspomina nawet słowem. Powoduje to ogromny chaos nomenklaturowy, bo chwilami nie bardzo wiadomo o czym tak naprawdę Buckland w swojej ksiąźce pisze.

 We wprowadzeniu mamy kolejną perełkę: autor twierdzi, że jego książka zawiera wiedzę odpowiadającą Trzeciemu Stopniowi Wtajemniczenia w tradycji gardneriańskiej lub podobnej. Wygląda na to, że powinienem rozpocząć rekrutację do własnego kowenu skoro przeczytałem książkę od deski do deski.
  
 Lekcja pierwsza zawiera historię czarownictwa widzianą oczami autora. Odwołuje się on oczywiście do tez zaprezentowanych w książkach dr Murray, które zostały już dawno zakwestionowane. Cała historia zaczyna się oczywiście w paleolicie. Potem mamy opis rozwoju czarostwa, aż do momentu kiedy na scenę dziejów wkracza chrześcijaństwo. Kolejne kartki książki przedstawiają historię tego jak to źli chrześcijanie ciemiężyli biedne i dobre czarownice. Buckland płynnie przechodzi do czasów stosów i tego co działo się w Salem. Część historyczna kończy się na Gardnerze. Z lekcji pierwszej dowiadujemy się także m.in., że istnieje coś takiego jak huńska odmiana czarownictwa. Ogólnie rzecz biorąc polecam odpuścić sobie lekturę tego fragmentu książki - mózg mi krwawił podczas czytania, ale jakoś wytrwałem.

 Już w pierwszym rozdziale autor ochoczo cytuje sam siebie umieszczając fragmenty innych książek swojego autorstwa. Czasami cytaty są umieszczone "od czapy", ale wypada pochwalić się czytelnikowi dorobkiem własnym. Skoro naukowcy tak robią (niektórzy dzięki autocytowaniu podrasowali sobie statystyki co umożliwiło im zrobienie doktoratu/habilitacji) to autor najwidoczniej nie chciał być w tej materii gorszy. 

 W lekcji drugiej autor porusza tematykę Bogini oraz Boga oraz ich imion, a także problematykę reinkarnacji, karmy i kary. Na deser (nie wiadomo w sumie dlaczego akurat tutaj) dorzucił jeszcze kilka słów odnośnie świątyni oraz budowy ołtarza. Pomysł, żeby podłogę, ściany i sufit umyć wodą z solą i środkiem czystości nie przypadł mi raczej do gustu.

  Lekcja trzecia traktuje o narzędziach i zawiera praktyczne wskazówki dotyczące ich własnoręcznego wykonania. Znajduje się tam m.in. przepis na słynny hełm z rogami. Problematyczny jest jedynie "alfabet runiczny Seax-Wicca"i opis jak wybrać sobie magiczne imię. Autor poleca użyć do tego numerologii i dostroić wybrane imię do numerologicznej drogi życia.

 Kolejne lekcje są poświęcone kowenom i rytuałom: autor opisuje wielkie i małe sabaty, rytuał esbatu, pełni i nowiu. Oprócz tego mamy też rytuały związane z narodzinami, ślubem, rozwodem i pogrzebem. Do lekcji ósmej, poświęconej małżeństwu, narodzinom i śmierci Buckland wrzucił informacje dotyczące channelingu. Opisuje między innymi sześć kroków na oczyszczenie kanału (jednym z nich ma być "rachunek sumienia"). Nie mogło oczywiście też zabraknąć wahadełka i krótkiej instrukcji jak należy się z nim obchodzić.

 Przeskakujemy do lekcji dziewiątej poświęconej wróżbiarstwu. Kolejny rozdział napisany "na bogato" - autor na 40 stronach opisuje Tarota, krystalomancję, różdżki saksońskie, chiromancję, taseografię (wróżenie z fusów), numerologię, astrologię oraz piromancję. Uff, samo przeczytanie tej listy może przyprawić o zawrót głowy. Rozdział wydaje się zupełnie niepotrzebny, bo o każdej z tych dziedzin napisano oddzielne książki, do których zainteresowani powinni sięgnąć. Z lektury tego rozdziału w książce Bucklanda niewiele się, wszak o różnych metodach wróżenia, dowiedzą.

 Pora na mój ulubiony rozdział - lekcja dziesiąta, poświęcona ziołolecznictwu. Ten rozdział to porażka zarówno samego autora jak i tłumaczki. Na początku rozdziału autor asekuracyjnie stwierdza, że "informacja zawarta w tej lekcji jest wyłącznie moją opinią o ziołach i zdrowiu, opartą na moich badaniach w zakresie ziołolecznictwa i jego historii". Nie wiem co dokładnie badał autor, ale nie poszło mu chyba najlepiej. W dalszej części rozdziału Buckland pisze o tym, że czarownica powinna byc dobrym psychologiem, a także poświęcić czas nauce anatomii i fizjologii.

 W tekście znalazłem kilka ciekawostek:
1)  "wywar - stosowany, gdy składniki czynne dają się wydobyć z materiału ekstrakcyjnego za pomocą wrzącej wody bez szkody dla działania"
wywar/odwar sporządza się poprzez zalanie surowca wodą o temperaturze pokojowej i ogrzanie go przez określony czas (najczęściej 45 minut bez kontroli temperatury);

2) Buckland pisze, że do sporządzania naparów używa się gorącej, ale nie wrzącej wody, a czasami można użyć wody zimnej - w rzeczywistości napary sporządza się przez zalanie surowca wrzącą wodą. Dzięki temu następuje unieczynnienie enzymów, które mogą rozkładać substancje czynne;

3) tłumaczka słowo "percolation" przetłumaczyła jako "przesączanie". Autorowi chodziło po prostu o perkolację, czyli proces stałego przepływu rozpuszczalnika przez surowiec roślinny;

4) "przeciwpadaczkowy - uśmierza ataki (parkosyzmy)" - chodziło oczywiście o paroksyzmy. W oryginale Buckland używa słowa "antileptic" - powinno być antiEPIleptic.

5) "przeciw kamieniom żółciowym - powstrzymuje kształtowanie się kamieni żółciowych w narządach moczowych". W oryginale mamy: "anthilic - prevents the formation of stones in the urinary organs". Jak widać kamienie żółciowe to wymysł autorki, w dodatku w oryginale powinno być użyte słówko anthilitic.

6) "przeciwspazmowy - lek osłabiający i zmniejszający liczbę spazmów lub ataków apopleksji" - w oryginale nie ma o atakach apopleksji ani słowa, tłumaczka dodała to od siebie nie do końca chyba rozumiejąc znaczenie użytego przez siebie słowa;

7) jako źródła witaminy K, Buckland podaje lucernę, liście kasztana i tasznik nie wspominając w ogóle o tym, że najlepszym źródłem tej witaminy są tzw. warzywa zielone (sałata, kapusta włoska, brukselka, brokuły, szpinak).

Kolejna lekcja, która przyprawiła mnie o ból głowy ;]

 Lekcja jedenasta została poświęcona magii. Buckland opisuje oczywiście podział magii na czarną i białą, tłumaczy też źródło tego podziału (jego zdaniem wynika on z nauk Zaratustry). Nie mogło oczywiście zabraknąć magii świec (z dokładną instrukcją jak należy namaszczać świecę) i nieśmiertelnych tabelek z rozmaitymi przyporządkowaniami kolorów (oczywiście bez wyjaśnienia na czym te przyporządkowania bazują). Materiał lekcji obejmuje także magię miłosną i seksualną.

 Lekcja dwunasta jest poświęcona mocy słowa pisanego. Jest to przegląd różnych alfabetów - w tym m.in. run, oghamu, pisma tebańskiego oraz piktyjskiego. Oprócz tego rozdział zawiera informacje o wykonywaniu amuletów i talizmanów (dość rozbudowane), tańców oraz przepisy na różnej maści trunki. Ten ostatni element to chyba najciekawsza i najprzydatniejsza część tej lekcji ;]

Lekcja trzynasta to sprint po różnych metodach uzdrawiania. Autor omawia uzdrawianie auryczne, praniczne, uzdrawianie kolorem oraz kamieniami. Informacji jest niewiele, znowu mamy wykaz kamieni i chorób, które mają leczyć bez żadnego szerszego opisu. Najciekawszym elementem rozdziału jest jedna z rycin, na której widać nagiego pana z narządami rozrodczymi. Dla zainteresowanych dodam jeszcze, że zdjęcie gołego tyłka można znaleźć także na stronie 107, a propos opisu inicjacji.

Lekcja czternasta ma tytuł "przygotowania" i jest to de facto zbiór różnych, luźno połączonych ze sobą tematów. Oprócz konstruowania rytuałów, lekcja zawiera informacje na temat zakładania własnego kowenu i kościoła.

 Podsumowując: po wyrwaniu kartek, na których znajdują się niektóre rozdziały (zupełnie zbędne albo straszne po wielokroć) zostanie kilkadziesiąt stron zawierających kilka przydatnych wskazówek oraz rytuały, które mogą się czytelnikowi spodobać lub nie. Wyrwane kartki doskonale nadadzą się na opał, podkładkę pod obieranie śledzia albo do zawijania podpasek.

 Recenzja Big Blue z perspektywy wiccańskiej do znalezienia na blogu Sheili (link).  Zawiera ona m.in. omówienie lekcji, które potraktowałem bardziej niż skrótowo i wspomniałem o nich jedynie dla porządku.
11.08.2014
 W komentarzu do trzeciej części magicznych narzędzi Sheila pyta o zastosowanie czerwonej przędzy i kolorów w ogóle, toteż postanowiłem napisać na ten temat kilka słów i opisać znaczenie kolorów mających zastosowanie w ludowych gusłach.

 Zanim przejdę do opisywania konkretnych kolorów krótkie wyjaśnienie wstępne. Przede wszystkim uniwersalne znaczenia kolorów nie istnieją - różnią się one w zależności od danej kultury. U nas biały kojarzymy z czystością, światłem i dobrem, w Chinach dla odmiany to barwa nieszczęścia i żałoby. W naszej kulturze jak wiadomo na pogrzeby ubieramy się na czarno.
Takie, a nie inne znaczenia konkretnych kolorów, które opiszę poniżej wynikają z ludowych wierzeń i folkloru. Używam właśnie takich, bo moja magia jest silnie w tym folklorze obsadzona i zdaję sobie sprawę, że część osób może uważać takie przyporządkowanie znaczeń do barw za niepasujące. Mają do tego pełne prawo, niech szukają na własną rękę i tworzą własne dopasowania.

 Kończąc wprowadzenie dodam tylko jedno - o magicznym wykorzystaniu barw, które ogranicza się do zapalenia świeczki w odpowiednim kolorze możecie zapomnieć ;]

BIAŁY

kojarzony z czystością, niewinnością, ochroną, światłem i zdrowiem. Zgodnie z chrześcijańską ikonografią anioły i zmartwychwstałego Jezusa przedstawia się właśnie w białych szatach. Kolor ten używany jest w gusłach leczniczych i ochronnych. Chorobę przenoszono na białe przedmioty, a następnie wynoszono je na rozstaje dróg tuż przed nastaniem nocy. Zachodzące Słońce (kojarzone z kolorem białym) miało zabrać ze sobą chorobę.

 Na Bałkanach i na wschodzie (m.in. w Rosji) biały to także kolor starości, bo starsze kobiety nosiły na głowach chustki w tym kolorze. Biały kojarzono tam także z żałobą, nieszczęściami oraz demonicznymi istotami - zgodnie z ludowymi wierzeniami wampiry, lichoradki, strachy, a nawet sama Śmierć nosiły białe szaty.

ŻÓŁTY

w wymiarze pozytywnym był oczywiście kojarzony z dniem i Słońcem oraz złotem. Uznawano go za kolor szczęścia i finansowej pomyślności. W gusłach, które miały na celu wzbogacenie używało się żółtych elementów np. kwiatów. Żółty kolor mają też dojrzałe kłosy niektórych zbóż, dlatego też kolo ten wiązano ze zbiorami i pomyślnym zakończeniem rozpoczętych wcześniej spraw.

Jednocześnie barwa żółta była symbolem śmierci i kojarzono ją z zaświatami. Wynikało to z przekonania, że żółte plamy pojawiające się na skórze zwiastują śmierć. Podobnie traktowano pojawienie się żółtaczki, która doczekała się nawet oddzielnej lichoradki odpowiedzialnej, zgodnie z ludowymi wierzeniami, za wystąpienie tego objawu.

CZERWONY

z racji tego, że krew ma kolor czerwony, barwę tę wiązano przede wszystkim z życiem, zdrowiem i prokreacją. Był także kolorem ognia, który leczy choroby i oczyszcza. Kolor ten ma chronić przed chorobami, a także złym okiem i klątwami. Stąd zwyczaj zawiązywania dzieciom na rączce czerwonej wstążki. Dawniej takie wstążki wiązało się w widocznym miejscu nad łóżeczkiem dziecka. Dzięki temu osoba, która mogła dziecko zauroczyć po wejściu do pomieszczenia zwracała uwagę na wiszące czerwone elementy, które "ściągały" zły wzrok. Jajka malowane na czerwono uznaje się w Rosji za talizman przeciwko złu.

Czerwony to także oczywiście kolor kojarzony z miłością i płodnością. Czerwoną przędzę wykorzystywano także w gusłach mających na celu przyciągnięcie miłości lub związaniu dwóch osób ze sobą.

 Ze względu na swoje liczne zastosowania jest to jeden z bardziej popularnych kolorów w magii ludowej. Do wypalania róży używa się chust w kolorze czerwonym, czerwona przędza używana jest do leczenia, ochrony i wszelkich czarów miłosnych. W przypadku guseł leczniczych czerwony często kojarzy się z kolorem białym (drugim takim połączeniem jest żółty z czarnym).

Zgodnie z ludowym przekonaniem wszystkie złe istoty miały duże, czerwone i błyszczące oczy.

CZARNY

związany ze śmiercią i zaświatami. Obecnie kojarzony jednoznacznie ze złem, ale takie przyporządkowanie to prawdopodobnie wynik wpływów kościoła i uznania czarnego za kolor szatana, który miał być opozycją do boskiej bieli.
Czarny uważa się za kolor wiedzy, rzeczy świętych i tajemniczych, jest także kojarzony z magią jako taką. Było to związane z faktem, że noc uważano za porę, w czasie której królowały, kojarzone z magią, istoty nadprzyrodzone.

 Czarny kolor powinny mieć niektóre narzędzia czarownicy - między innymi nóż z czarną rękojeścią (nazywany na Bałkanach kusturą lub kosturą). Czarny był też kolorem ochronnym - wierzono, że każdy nóż z czarną rączką odpowiednio użyty (nie tylko kustura) chroni dom przed brakiem pomyślności.

 Czarnego używano także do leczenia chorób - do wody dodawano węgli powstałych przez spalenie kawałków drewna (oczyszczenie przez ogień). Tak przygotowaną wodę chory pił albo kąpał się w niej celem odzyskania zdrowia.

 Czarny wykorzystywano też do odseparowania od siebie dwóch osób (czarna przędza) oraz do wywoływania chorób i szkód gospodarskich.

NIEBIESKI

prawdę mówiąc nie spotkałem się z szerszym użyciem tego koloru na Podlasiu. Podobnie jest zresztą np. z czarostwem bałkańskim - wynika to z przekonania o "pasywności" tej barwy w rytuale.
Niebieski kojarzy się oczywiście z niebem i jest symbolem wody, która ma potencjał płodnościowy.

ZIELONY

analogicznie jak niebieski, raczej rzadko używany. Popularny za to na wschodzie i na Bałkanach.

Zielony jest kolorem kojarzonym z niedojrzałością (taki kolor ma niedojrzałe zboże), wegetacją i płodnością.

Na wschodzie zielony kojarzono także z terenami, gdzie mieszka zła moc. W wielu gusłach zdjętą chorobę/klątwę/pecha wysyła się do lasu lub na zieloną trawę. Ludowe wierzenia podają, że zielone włosy lub oczy mają niektóre stwory: leszy, rusałki oraz wiły.

Na Bałkanach kolor ten kojarzono z mieszkańcami zaświatów. Pełnił on także funkcje ochronne - w czasie działań magicznych w celach protekcji używano pęczków rozmarynu lub bazylii.


 Jak widać nie ma tych kolorów zbyt dużo - za to ich znaczenie jest dość szerokie, każdej barwie można przypisać zarówno aspekty "pozytywne" jak i "negatywne". 
11.06.2014
 Ostatni odcinek zakończyłem na mojej rezygnacji ze stanowiska moderatora. Mimo tej decyzji udzielałem się na forum, głównie w dziale magicznym, którego rozwój pozostawiał w tamtym czasie sporo do życzenia. Przyczyną była zapewne osoba jego moderatora, który niczym rozjuszony byk atakował większość nowych userów zniechęcając ich do dalszej aktywności na forum.

 Pewnego pięknego dnia powstał pomysł stworzenia oddzielnego działu poświęconego ziołolecznictwu i ogólnie pojętej medycynie naturalnej. Powstało więc nowe podforum, w którym pojawiły się wklejki z różnych miejsc internetów, o bardzo różnej jakości merytorycznej, a także tłumaczenia z obcojęzycznych stron wykonane przy pomocy google translatora. Powstał pomysł, żebym zajął się owym działem, początkowo nie byłem tym zachwycony, ale summa summarum zdecydowałem się czuwać nad tym co będzie się tam działo.

 Administracja była w tamtym okresie nastawiona na zmiany na forum, które miały spowodować większy napływ nowych osób. Prawda była taka, że EzoForum żyło wtedy wróżbami z Tarota na tematy często bzdetne i interpretacją snów. Inne działy mocno kulały, bo: a) nikt się nimi nie zajmował, b) moderator zdążył przepędzić wszystkich zainteresowanych, c) ze względu na rozgrywki personalne pomysły mające na celu ożywienie konkretnego działu były torpedowane.

 Po długich rozmowach udało się wypracować listę zmian - nie była ona długa i miała być wprowadzona lada dzień. Na realizację planów przyszło jednak forum poczekać co najmniej kilka miesięcy.

 Posadę moderatora straciłem na skutek wydarzeń związanych z Bakeagate. Pewnego pięknego dnia Administracja powołała nowego moderatora (bez wcześniejszych konsultacji z resztą Zespołu), który pojawił się na SB. Wywiązała się krótka rozmowa na temat Reiki, a jej skutkiem było zbanowanie Bakei ;] Nie da się zaprzeczyć temu, że Bakei zdarzyło się na SB rzucić mięsem i była za to upominana, ale tajemnicą poliszynela było to, że Adminka była na nią cięta.

 Po rozmowie z Bakeą postanowiłem ją odbanować, co zresztą (co prawda w sposób pośredni, ale jednak) napisałem w moderatorskim donosząc, że Bakea bana miała, ale już go nie ma. W dodatku publicznie pisałem o tym na FB i w rozmowach z różnymi osobami.

 Z całej sytuacji zrobiła się wielka afera - Adminka chcąc ustalić kto usunął Bakei bana zaangażowała ponoć forumowe wróżki i dopiero wysłanie zapytania do właściciela forum pozwoliło ustalić prawdę. Na szczęście nie poproszono o pomoc Rutkowskiego albo Jackowskiego, bo pytanie kto zapłaciłby za ich usługi.

 Po przeprowadzeniu śledztwa Administracja postanowiła pozbawić mnie stanowiska, przy okazji oskarżając o zacieranie śladów, które miało polegać na usunięciu jednego z ostrzeżeń, które otrzymała Bakea. Co ciekawe takie działanie (usunięcie ostrzeżenia przez moderatora) jest po prostu niemożliwe, bo vBulletin nie daje takiej możliwości, co zresztą swego czasu sam sprawdzałem. To zadziwiające, że osoba, która jest adminem już od dłuższego czasu nie zna de facto możliwości skryptu, na którym stoi forum i opcji, którymi dysponują kontrolowani przez nią moderatorzy.

 W późniejszym okresie sytuacja na forum stawała się coraz bardziej dziwna. Pewnego pięknego dnia userzy odkryli, że Administratorka została zbanowana. Nikt nie wiedział o co w tym wszystkim chodzi, pojawiły się nadzieje, że dojdzie do zmiany władzy i rozpocznie się nowa era w historii EzoForum. Informacje o przyczynach takiej sytuacji były bardzo enigmatyczne i ograniczały się do jednego zdania napisanego przez samą zainteresowaną:


 Tego samego dnia sytuacja wróciła jednak do stanu wyjściowego - nie wiadomo czy owe zdolności parapsychiczne zniknęły, czy może nastąpiło cudowne uzdrowienie ;) Zagadka ta nigdy chyba nie doczeka się ostatecznego rozwiązania ;)

 Zamiast epilogu, drobna historia, związana z pewną wypowiedzią, którą uważam za kultową:

Tak oto, Drodzy Czytelnicy, narodziła się idea Analnego Tabernakulum, która moim zdaniem jest godna nie tylko uwiecznienia, ale też opatentowania i wprowadzenia do masowego użytku.

 Trudno powiedzieć czy jest to epilog całej historii, czy być może powstaną kolejne części... czas pokaże.

11.01.2014

LEN

stosowany najczęściej do leczenia chorób skórnych różnej maści, może mieć także znaczenie diagnostyczne. Obecnie używa się najczęściej pakuł lnianych - można je bez problemu kupić w sklepie z akcesoriami do instalacji sanitarnych lub na allegro.

 Z pakuł należy zrobić określoną ilość luźnych kulek (3 lub 9, w zależności od gusła i zaawansowania choroby) W czasie wykonywania kłębków recytuje się określony tekst, skierowany do odpowiedniego Świętego lub Bogurodzicy z prośbą o zabranie choroby. Następnie spala się je nad zaatakowaną częścią ciała. To jak zachowuje się len w czasie palenia (jak się pali, czy idzie do góry czy nie) świadczy o skuteczności zabiegu.

WEŁNA

używana w postaci czesanki wełnianej. Można ją stosować podobnie jak len (czyli palić), częściej jednak służy do okładów zajętych miejsc (szczególnie w przypadku kołtuna), można ją także nosić przy sobie, oraz wkładać do poduszki na noc. Spotkałem się także (to akurat w Rosji) z przykładaniem wełny do różnych części ciała i obwiązywaniem bandażem na 3 dni. Po tym czasie należy dokładnie obejrzeć wełnę pod kątem zmiany jej struktury (patrzymy na to jak bardzo się zbije) i wyrzucić ją, zakopać albo spalić.

 Wełna bywa też  uznawana za symbol bogactwa, może być noszona przez dziewczęta, które chcą zajść w ciążę.

PRZĘDZA

pamiętam kilka dyskusji na temat przędzy na różnych forach i listach dyskusyjnych. Rozmawiano między innymi o tym czy można kupić już gotową, czy może trzeba wykonać ją samodzielnie, z czego powinna być zrobiona, czy może być bielona środkami z chlorem i tak dalej. 

 Jeżeli ktoś nie miał nigdy styczności z wrzecionem, nie wie nawet jak ten przedmiot wygląda i do czego służy lepiej kupić gotową przędzę w sklepie ;) To najlepszy sposób na oszczędzenie sobie olbrzymiej ilości nerwów. Używa się przędzy wełnianej lub lnianej - częściej chyba wełnianej, bo len zachowuje się nieco inaczej w trakcie przędzenia (dłuższe włókna, twardszy materiał, najlepiej prząść na mokro).

 Przędzenie ma starą tradycję, zgodnie z ludowymi przekonaniami nauczyła tego ludzkości Pramatka Ewa. Jest to czynność, z którą związanych jest wiele przesądów, sprzyja też wejściu w trans i działaniom magicznym.


 Zastosowań przędzy jest multum i ciężko opisać wszystkie - na ten temat można by było stworzyć kilka oddzielnych wpisów i jeszcze nie wyczerpać tematu. Wykorzystywana jest m.in. w czarach miłosnych, do separowania, do leczenia, w problemach z zajściem w ciążę, pomaga zapewnić bogactwo i tak dalej. Można ją nosić ze sobą celem zapewnienia sobie ochrony i pomyślności. 

 Najczęściej stosowana technika polega na owijaniu przędzy określoną ilość razy (najczęściej 3 lub jej wielokrotność) wokół chorego miejsca, jakiegoś przedmiotu albo pukla włosów. Następnie należy zawiązać na niej 3 lub większą liczbę węzłów. Potem przędzę zdejmuje się, rozcina, nosi przy sobie, zakopuje, pali lub wyrzuca do wody. Możliwości jest wiele, wszystko zależy od konkretnego problemu, który chcemy rozwiązać i inwencji. 

 Jedną z bardziej znanych metod wykorzystujących przędzę jest ta na leczenie kurzajek. Dotyka się kurzajek na skórze nitką, wiąże na niej węzły, recytuje odpowiedni tekst, a następnie tak przygotowaną nić zakopuje się lub chowa pod kamieniem. Kurzajki mają zniknąć w momencie rozpadnięcia się nitki. W innej metodzie owija się chorą część ciała przędzą trzy razy, zawiązuje trzy węzły i po pewnym czasie noszenia tego na sobie nitkę należy podrzucić umarłemu do trumny. Znam przypadki panów, którzy tą metodą leczyli schorzenia dotyczące męskich narządów rozrodczych zawiązując nitkę wokół worka mosznowego, na prąciu lub napletku. Niestety nie miałem okazji zapytać czy zawiązanie nitki wokół napletka nie sprawia problemów z oddawaniem moczu. Z drugiej strony - czego się nie robi dla wyższej sprawy. 

WSTĄŻKI

wspomnę tutaj o dwóch różnych aspektach używania wstążek.
 Pierwszy z nich dotyczy kolorowych wstążek, które umieszcza się w Ewangelii lub innych księgach cerkiewnych uznawanych za święte. Taką, odpowiednio przygotowaną, wstążkę kobieta przepasać się w talii jeżeli ma problemy z zajściem lub utrzymaniem ciąży. To główne ich zastosowanie, ale niektóre babki rozszerzają znacznie wskazania do ich zastosowania.

 Druga kwestia to wymaga nieco szerszego wyjaśnienia, zwłaszcza dla osób, które nie są prawosławne, a miały okazję zobaczyć prawosławny cmentarz, zwłaszcza na wsi. Chodzi o tzw. zawiski, czyli wstążki, które zawiesza się na cmentarnych krzyżach. Dawniej zamiast wstążek używano białych pasków tkaniny, które ozdabiano haftem krzyżykowym. Na małych wiejskich cmentarzach można jeszcze znaleźć tego typu przedmioty, obecnie jednak ręcznie robione zawiski zastąpiły kupowane w sklepach wstążki. Pierwotnie uznawano je za dary dla zmarłych przodków, potem zwyczaj się schrystianizował i zawiski przekształciły się w dary dla Boga lub konkretnego Świętego, który w zamian za taką wstążkę miał się opiekować duszą zmarłego. 

 Zawiski można zdjąć z krzyża po jakimś czasie (na ogół robi się to w dniu szczególnie poświęconym zmarłym) i wykorzystuje potem w celach magicznych. Mają one podobne zastosowanie jak opisywany wcześniej bandaż z trupa.

Szukaj na tym blogu

Łączna liczba wyświetleń

Archiwum

Obserwatorzy

Kontakt

mail: verm@onet.pl