11.26.2014
 Dzięki uprzejmości Arka i Sheili wpadła mi w ręce "Księga czarostwa Bucklanda". Przeczytałem, pora na recenzję. Bez zbędnych wstępów przechodzimy do meritum - niech popłyną nieprzebrane strumienie hejtu! Od razu zaznaczę, że nie będę rozpisywał się o każdym rozdziale książki - zrecenzuję te przeze mnie wybrane, zawierające interesujące mnie smaczki.

 Książka przypomina pstrokatą romską kieckę - krótko mówiąc jest na bogato, ale nie koniecznie z sensem i książka trochę nie trzyma się kupy. Jestem wdzięczny moim przodkom za kurpiowskie geny, bo gdyby nie one pewnie bym umarł po przeczytaniu spisu treści. Dzieło Bucklanda idealnie nadaje się na podręcznik dla jakiejś szkoły ezoterycznej, bo omawia bardzo wiele różnych rzeczy, niektóre z nich można by było spokojnie wyrzucić. Autor ma niestety ciężkie pióro i jego książka ma tendencję do usypiania czytelnika - lepszym środkiem nasennym od Bucklanda jest chyba jedynie podręcznik do farmakologii prof. Kostowskiego.

 Wielkim minusem książki jest jej polski przekład. Tłumaczka popełnia błąd już przy tłumaczeniu dedykacji umieszczając w niej niejaką "Scirę". Wystarczy konsultacja z Google - informacja o tym, że Scire to Gerald Gardner widnieje chociażby w polskiej i angielskiej Wikipedii. Błąd pojawia się ponownie na stronie 119: "Innymi słowy, nie jesteś znana jako czarownica Lema czy czarownica Scire, lub jak się tam zwiesz. Jesteś po prostu Lemą lub Scirą. Na szczęście tłumaczka nie poszła o krok dalej - kolejny błąd mógłby skutkować zrobieniem ze Sciry np. Ściry (a stąd już niedaleko do naszej, swojskiej Ściery).

 We wstępie do drugiego wydania możemy znaleźć pierwszą głupotę popełnioną przez autora - będzie ich oczywiście o wiele więcej. Buckland pisze, że "Czarostwo, czyli wicca, jest starą religią i praktyką, która wyprzedza w czasie chrześcijaństwo". O tym, że czarostwo to nie tylko wicca, ale też wiele innych ścieżek napisano już w polskich internetach tyle, że nie mam ochoty wyjaśniać problemu po raz kolejny.

 Nieco dalej autor umieszcza kolejną złotą myśl: "Wicca rozwija się swobodnie, bez centralnej władzy zwierzchniej, dzieląc się na wiele wyznań, czyli "tradycję". Większość z nich ma swoje korzenie w tym, co po raz pierwszy zaprezentował Gardner w latach 50tych XXw,". Krótko mówiąc istnieją odmiany wicca starsze niż sama wicca. Oczywiście o tym, że nazwa wicca powinna być zarezerwowana dla tzw. wicca tradycyjnego autor nie wspomina nawet słowem. Powoduje to ogromny chaos nomenklaturowy, bo chwilami nie bardzo wiadomo o czym tak naprawdę Buckland w swojej ksiąźce pisze.

 We wprowadzeniu mamy kolejną perełkę: autor twierdzi, że jego książka zawiera wiedzę odpowiadającą Trzeciemu Stopniowi Wtajemniczenia w tradycji gardneriańskiej lub podobnej. Wygląda na to, że powinienem rozpocząć rekrutację do własnego kowenu skoro przeczytałem książkę od deski do deski.
  
 Lekcja pierwsza zawiera historię czarownictwa widzianą oczami autora. Odwołuje się on oczywiście do tez zaprezentowanych w książkach dr Murray, które zostały już dawno zakwestionowane. Cała historia zaczyna się oczywiście w paleolicie. Potem mamy opis rozwoju czarostwa, aż do momentu kiedy na scenę dziejów wkracza chrześcijaństwo. Kolejne kartki książki przedstawiają historię tego jak to źli chrześcijanie ciemiężyli biedne i dobre czarownice. Buckland płynnie przechodzi do czasów stosów i tego co działo się w Salem. Część historyczna kończy się na Gardnerze. Z lekcji pierwszej dowiadujemy się także m.in., że istnieje coś takiego jak huńska odmiana czarownictwa. Ogólnie rzecz biorąc polecam odpuścić sobie lekturę tego fragmentu książki - mózg mi krwawił podczas czytania, ale jakoś wytrwałem.

 Już w pierwszym rozdziale autor ochoczo cytuje sam siebie umieszczając fragmenty innych książek swojego autorstwa. Czasami cytaty są umieszczone "od czapy", ale wypada pochwalić się czytelnikowi dorobkiem własnym. Skoro naukowcy tak robią (niektórzy dzięki autocytowaniu podrasowali sobie statystyki co umożliwiło im zrobienie doktoratu/habilitacji) to autor najwidoczniej nie chciał być w tej materii gorszy. 

 W lekcji drugiej autor porusza tematykę Bogini oraz Boga oraz ich imion, a także problematykę reinkarnacji, karmy i kary. Na deser (nie wiadomo w sumie dlaczego akurat tutaj) dorzucił jeszcze kilka słów odnośnie świątyni oraz budowy ołtarza. Pomysł, żeby podłogę, ściany i sufit umyć wodą z solą i środkiem czystości nie przypadł mi raczej do gustu.

  Lekcja trzecia traktuje o narzędziach i zawiera praktyczne wskazówki dotyczące ich własnoręcznego wykonania. Znajduje się tam m.in. przepis na słynny hełm z rogami. Problematyczny jest jedynie "alfabet runiczny Seax-Wicca"i opis jak wybrać sobie magiczne imię. Autor poleca użyć do tego numerologii i dostroić wybrane imię do numerologicznej drogi życia.

 Kolejne lekcje są poświęcone kowenom i rytuałom: autor opisuje wielkie i małe sabaty, rytuał esbatu, pełni i nowiu. Oprócz tego mamy też rytuały związane z narodzinami, ślubem, rozwodem i pogrzebem. Do lekcji ósmej, poświęconej małżeństwu, narodzinom i śmierci Buckland wrzucił informacje dotyczące channelingu. Opisuje między innymi sześć kroków na oczyszczenie kanału (jednym z nich ma być "rachunek sumienia"). Nie mogło oczywiście też zabraknąć wahadełka i krótkiej instrukcji jak należy się z nim obchodzić.

 Przeskakujemy do lekcji dziewiątej poświęconej wróżbiarstwu. Kolejny rozdział napisany "na bogato" - autor na 40 stronach opisuje Tarota, krystalomancję, różdżki saksońskie, chiromancję, taseografię (wróżenie z fusów), numerologię, astrologię oraz piromancję. Uff, samo przeczytanie tej listy może przyprawić o zawrót głowy. Rozdział wydaje się zupełnie niepotrzebny, bo o każdej z tych dziedzin napisano oddzielne książki, do których zainteresowani powinni sięgnąć. Z lektury tego rozdziału w książce Bucklanda niewiele się, wszak o różnych metodach wróżenia, dowiedzą.

 Pora na mój ulubiony rozdział - lekcja dziesiąta, poświęcona ziołolecznictwu. Ten rozdział to porażka zarówno samego autora jak i tłumaczki. Na początku rozdziału autor asekuracyjnie stwierdza, że "informacja zawarta w tej lekcji jest wyłącznie moją opinią o ziołach i zdrowiu, opartą na moich badaniach w zakresie ziołolecznictwa i jego historii". Nie wiem co dokładnie badał autor, ale nie poszło mu chyba najlepiej. W dalszej części rozdziału Buckland pisze o tym, że czarownica powinna byc dobrym psychologiem, a także poświęcić czas nauce anatomii i fizjologii.

 W tekście znalazłem kilka ciekawostek:
1)  "wywar - stosowany, gdy składniki czynne dają się wydobyć z materiału ekstrakcyjnego za pomocą wrzącej wody bez szkody dla działania"
wywar/odwar sporządza się poprzez zalanie surowca wodą o temperaturze pokojowej i ogrzanie go przez określony czas (najczęściej 45 minut bez kontroli temperatury);

2) Buckland pisze, że do sporządzania naparów używa się gorącej, ale nie wrzącej wody, a czasami można użyć wody zimnej - w rzeczywistości napary sporządza się przez zalanie surowca wrzącą wodą. Dzięki temu następuje unieczynnienie enzymów, które mogą rozkładać substancje czynne;

3) tłumaczka słowo "percolation" przetłumaczyła jako "przesączanie". Autorowi chodziło po prostu o perkolację, czyli proces stałego przepływu rozpuszczalnika przez surowiec roślinny;

4) "przeciwpadaczkowy - uśmierza ataki (parkosyzmy)" - chodziło oczywiście o paroksyzmy. W oryginale Buckland używa słowa "antileptic" - powinno być antiEPIleptic.

5) "przeciw kamieniom żółciowym - powstrzymuje kształtowanie się kamieni żółciowych w narządach moczowych". W oryginale mamy: "anthilic - prevents the formation of stones in the urinary organs". Jak widać kamienie żółciowe to wymysł autorki, w dodatku w oryginale powinno być użyte słówko anthilitic.

6) "przeciwspazmowy - lek osłabiający i zmniejszający liczbę spazmów lub ataków apopleksji" - w oryginale nie ma o atakach apopleksji ani słowa, tłumaczka dodała to od siebie nie do końca chyba rozumiejąc znaczenie użytego przez siebie słowa;

7) jako źródła witaminy K, Buckland podaje lucernę, liście kasztana i tasznik nie wspominając w ogóle o tym, że najlepszym źródłem tej witaminy są tzw. warzywa zielone (sałata, kapusta włoska, brukselka, brokuły, szpinak).

Kolejna lekcja, która przyprawiła mnie o ból głowy ;]

 Lekcja jedenasta została poświęcona magii. Buckland opisuje oczywiście podział magii na czarną i białą, tłumaczy też źródło tego podziału (jego zdaniem wynika on z nauk Zaratustry). Nie mogło oczywiście zabraknąć magii świec (z dokładną instrukcją jak należy namaszczać świecę) i nieśmiertelnych tabelek z rozmaitymi przyporządkowaniami kolorów (oczywiście bez wyjaśnienia na czym te przyporządkowania bazują). Materiał lekcji obejmuje także magię miłosną i seksualną.

 Lekcja dwunasta jest poświęcona mocy słowa pisanego. Jest to przegląd różnych alfabetów - w tym m.in. run, oghamu, pisma tebańskiego oraz piktyjskiego. Oprócz tego rozdział zawiera informacje o wykonywaniu amuletów i talizmanów (dość rozbudowane), tańców oraz przepisy na różnej maści trunki. Ten ostatni element to chyba najciekawsza i najprzydatniejsza część tej lekcji ;]

Lekcja trzynasta to sprint po różnych metodach uzdrawiania. Autor omawia uzdrawianie auryczne, praniczne, uzdrawianie kolorem oraz kamieniami. Informacji jest niewiele, znowu mamy wykaz kamieni i chorób, które mają leczyć bez żadnego szerszego opisu. Najciekawszym elementem rozdziału jest jedna z rycin, na której widać nagiego pana z narządami rozrodczymi. Dla zainteresowanych dodam jeszcze, że zdjęcie gołego tyłka można znaleźć także na stronie 107, a propos opisu inicjacji.

Lekcja czternasta ma tytuł "przygotowania" i jest to de facto zbiór różnych, luźno połączonych ze sobą tematów. Oprócz konstruowania rytuałów, lekcja zawiera informacje na temat zakładania własnego kowenu i kościoła.

 Podsumowując: po wyrwaniu kartek, na których znajdują się niektóre rozdziały (zupełnie zbędne albo straszne po wielokroć) zostanie kilkadziesiąt stron zawierających kilka przydatnych wskazówek oraz rytuały, które mogą się czytelnikowi spodobać lub nie. Wyrwane kartki doskonale nadadzą się na opał, podkładkę pod obieranie śledzia albo do zawijania podpasek.

 Recenzja Big Blue z perspektywy wiccańskiej do znalezienia na blogu Sheili (link).  Zawiera ona m.in. omówienie lekcji, które potraktowałem bardziej niż skrótowo i wspomniałem o nich jedynie dla porządku.

4 komentarze:

  1. a opis tworzenia talizmanów na jakim poziomie stoi?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wg mnie nie jest zły. Jest jednak strasznie mocno i zbędnie skomplikowany, tak, że można łatwo stracić orientację, co dokładnie jest sensem robienia talizmanu ;>
      Podejrzewam, że początkujący czytelnik się w tym pogubi

      Usuń
  2. Stoi na poziomie numerologicznego obliczania słów, robienia kwadratów i potem rysowania na ich podstawie sigili.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam.
    Wyslalam do Pana ostatnio meila w jednej bardzo waznej sprawie i prosilabym o odpowiedz.
    Bylabym naprawde wdzieczna.
    Pozdrawiam i zycze Wesolych Swiat,

    OdpowiedzUsuń

Szukaj na tym blogu

Łączna liczba wyświetleń

Archiwum

Obserwatorzy

Kontakt

mail: verm@onet.pl