2.18.2015
Po fejsbukowej dyskusji spadło na mnie zadanie napisania czegoś w temacie "magia i pogaństwo, a zaburzenia psychiczne". Tekst będzie długi, chwilami nudny, bo skoro już biorę ten temat na warsztat to przy okazji opiszę problem nieco szerzej.

 Zacznę od kwestii związanych z nazewnictwem - obecnie w psychiatrii w zasadzie nie używamy pojęcia "choroba psychiczna", bo uważane jest ono za przestarzałe. Termin ten zaczął robić karierę w wieku XIX (wcześniej mówiło się o obłąkaniu lub obłędzie) za sprawą francuskiego psychiatry Antoine'a Laurenta Bayle'a. W swoich pracach zajmował się on m.in. tematem różnych zaburzeń psychicznych stwierdzanych u chorych na kiłę - wykazał on, że objawy ze strony psychiki są wynikiem uszkodzenia mózgu. Płynął z tego jasny i klarowny wniosek, że zaburzenia psychiczne są chorobą. Pogląd, że przyczyną zaburzeń psychicznych jest uszkodzenie mózgu zaczął robić coraz większą karierę, a termin "choroba psychiczna" na stałe wszedł do psychiatrycznego słownika.

 W wieku XX sprawa dość mocno się skomplikowała - okazało się, że "choroby psychiczne" to nieco inna bajka niż typowe choroby somatyczne takie jak np. grypa. Rozpisywano się o tym, że różne "choroby psychiczne" mogą mieć rozmaite przyczyny, czasami ciężko jest wskazać, która z nich gra pierwsze skrzypce. Potem na scenę weszła antypsychiatria, pojawiły się nowoczesne metody diagnostyczne (głównie obrazowe - różne odmiany rezonansu magnetycznego itp) i powstał pewien burdel, który należało jakoś uporządkować. Problem rozwiązano odchodząc od pojęcia "choroby psychicznej' i wprowadzając termin "zaburzenie psychiczne". Pojawiły się też klasyfikacje tych zaburzeń - amerykańska (zwana DSM - obecnie mamy już piąte wydanie) oraz ICD-10, która powstała pod egidą WHO.

 W Polsce obowiązuje klasyfikacja ICD-10, gdzie w ogóle coś takiego jak "choroba psychiczna" nie istnieje - mamy zaburzenia psychiczne pogrupowane w odpowiedni sposób. Niemniej jednak określenie "choroba psychiczna" jest na tyle ugruntowane w społeczeństwie, że pojawia się ono nagminnie w różnych artykułach internetowych. Termin ten funkcjonuje także w polskim prawie, które co prawda używa określenia "choroba psychiczna", ale jednocześnie nie tłumaczy go w jasny i konkretny sposób. Wywołuje to różne, czasami dziwne, czasami śmieszne, sytuacje na styku psychiatra - prawnik.

SCHIZOFRENIA 

na jej temat sporo się pisze, a ilość informacji prawdziwych dorównuje ilości głupot i banialuków. Na ogół schizofrenię kojarzy się z omamami, urojeniami oraz opowieściami o tym jak to ten czy tamten zabił kogoś siekierą, bo głosy mu kazały. Mit o tym, że schizofrenicy są niebezpieczni dla innych jest w społeczeństwie bardzo silny - tymczasem większość chorych nie jest niebezpieczna ani dla siebie, ani dla społeczeństwa. Badania pokazują, że odsetek agresji i przestępstw nie odbiega od tego w populacji ogólnej.

 W przypadku schizofrenii mówimy o tzw. objawach pozytywnych i negatywnych.
Objawy pozytywne (zwane też wytwórczymi) to:

  •  omamy - tzw. fałszywe spostrzeżenia zmysłowe. Krótko mówiąc osoba zaburzona widzi, słyszy, czuje coś czego obiektywnie nie ma - jednocześnie jest przekonana, że to co widzi/słyszy jest prawdziwe, a próby wytłumaczenia jej, że się myli nie przynoszą rezultatu. W schizofrenii często występują omamy słuchowe, czyli tzw. "głosy". Na ogół są to głosy mówiące w trzeciej osobie i obrażające osobę, która je słyszy. Omamy mogą mieć także np. charakter czuciowy (robaki chodzące po ciele lub pełzające pod skórą) lub smakowy (smak trucizny w pożywieniu).
  • urojenia - są to fałszywe przekonania, które wynikają z błędnej interpretacji rzeczywistości. Chory jest przekonany o tym, że są one prawdziwe i nie da sobie wytłumaczyć, że jest inaczej. Definicja może wydawać się niezrozumiała, ale przykłady urojen jasno pokazują o co w tym chodzi - np. pacjent twierdzi, że inni słyszą jego myśli, że jakieś osoby/siły nasyłają mu myśli przy pomocy obcej technologii, może też twierdzić, że jest śledzony, obcy wywiad chce bo zabić, że Bóg wyznaczył mu szczególną misję na ziemi albo, że posiada cudowne, magiczne moce.
Objawy negatywne to tzw. cztery A: objawy "ambi" (ambiwalencja - sprzeczne uczucia, ambisentencja - sprzeczne sądy, ambitendencja - sprzeczne dążenia), autyzm schizofreniczny (wycofanie się życia społecznego, zamknięcie się w sobie), afekt tępy (zwany tez sztywnością emocjonalną - pacjent nie wyraża swoich uczuć w żaden sposób), zaburzenia asocjacji (np. wypowiadanie słów/zdań bez logicznego sensu).

 Opisuję te objawy po to, żeby pokazać jakie zagrożenia mogą czekać na osoby z rozpoznaną schizofrenią, które chcą zająć się ezoteryką albo magią. Zdarzają się przypadki, gdzie osoba z objawami schizofrenii udaje się na forum ezoteryczne, czy takie dotyczące magii, bo nie chce przyjąć do wiadomości, że ma schizofrenię i szuka alternatywnych wyjaśnień. Użytkownicy EzoForum zapewne pamiętają pewnego usera, który niejednokrotnie pisał o tym, że rozpoznano u niego schizofrenię (którą uważał za zakażenie umysłu memami, które porównywał do wirusów) i w którego postach widać było ewolucję tego zaburzenia. Wspomniany user był m.in. Jezusem Nowego Millenium, Buddą, avatarem Kryszny, androgynem i nie wiadomo kim jeszcze, bo kilka jego wcieleń zapewne wyleciało mi z pamięci. Co gorsze zdarzali się userzy, którzy twierdzili, że to żadna choroba tylko dar, co dodatkowo napędzało spiralę urojeń. Pamiętam także przypadek schizofrenii wywołanej paleniem marihuany, którą pewien szaman wziął za chorobę szamańską i odradzał leczenie psychiatryczne.

 Inny przypadek tego typu, o którym warto wspomnieć (rzecz nie działa się w Polsce) to pewien tzw. wiccanin eklektyczny, który twierdził, że nawiązał kontakt z Boginią i słyszał jej głos w swojej głowie. Był oczywiście oporny na sugestie, że być może ten głos to jednak nie bóstwo tylko coś innego :> Co więcej pan rekrutował nawet uczniów, którym przekazywał swoje nauki będące rezultatem urojeń i halucynacji. Sprawa rypła się w momencie, gdy "Bogini" zakazała mu jeść (nasz bohater miał żywić się pokarmem duchowym otrzymywanym od tejże "Bogini") - wycieńczonego pana zabrała karetka, a w późniejszym czasie trafił on do szpitala psychiatrycznego.

 Największym problemem jest oczywiście to, że schizofrenik może nie odróżniać efektów odprawianych przez siebie rytuałów magicznych od halucynacji i urojeń. Generalnie dopóki jest się sceptycznym (czyli przyjmuje się, że efekt może być jedynie autosugestią) trudno mówić o urojeniach czy omamach, bo tam sceptycyzmu nie ma wcale.

 Schizofrenicy leczący się to temat na oddzielny artykuł - u części z nich leki powodują ustąpienie objawów, ale u części mogą się one utrzymywać (ich nasilenie jest wtedy mniejsze). Osoba lecząca się, będąca pod systematyczną kontrolą i biorąca leki wg zaleceń, której stan jest stabilny zapewne może zajmować się magią - oczywiście z zachowaniem odpowiednich środków ostrożności. Każdy przypadek trzeba oczywiście rozpatrywać indywidualnie biorąc pod uwagę dynamikę schizofrenii, objawy, efekty leczenia i tak dalej. Ciężko tu o uniwersalne rozwiązania czy porady.
 Myślę, że jeżeli już ktoś chce się tym zajmować dobrym wyjściem są praktyki grupowe (bardziej lub mniej zorganizowane) - reszta grupy pełni wtedy niejako rolę "osób pilnujących", a schizofrenik może odnieść korzyść z bycia w grupie (przeciwdziałanie stygmatyzacji, poprawa funkcjonowania w społeczeństwie). Oczywiście praca w grupie z taką osobą może być trudna i wymaga szczególnej uwagi ze strony innych uczestników i osób przewodzących grupie. Schizofrenicy często są wycofani, nieufni i potrzeba dużo wysiłku i czasu, żeby ich zaktywizować. Oczywiście w momencie rzutu choroby należy takie praktyki przerwać, poczekać na remisję, ale jednocześnie wspierać taką osobę w czasie terapii.

 Problematyczny może się okazać wpływ stosowanych w leczeniu leków na magiczną czy pogańską praktykę. Znam osoby, które twierdzą, że nie ma żadnej różnicy i takie, które twierdzą, że neuroleptyki utrudniają te kwestie.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Szukaj na tym blogu

Łączna liczba wyświetleń

Archiwum

Obserwatorzy

Kontakt

mail: verm@onet.pl