3.23.2015
 Cała historia zaczęła się kilka miesięcy temu, a niedawno miała dość nieciekawy finał.

 Pewien pan zajmujący się magią (nazwijmy go A.) postanowił, że pora postarać się o uczniów, bo warto przekazać swoją wiedzę dalej. Wziął pod swoje skrzydła trzy osoby, na których przeprowadził coś w rodzaju rytuału inicjacyjnego - krótko mówiąc poguślił nad nimi trochę usuwając pewne problemy zdrowotne i przy okazji "aktywując" moc swoich uczniów. Potem oczywiście przyszła pora na uczenie się teorii i ćwiczenia praktyczne pod okiem nauczyciela. Typowy schemat, który na ogół działa bardzo dobrze - chyba, że okoliczności albo ludzkie pomysły sprawią, że ktoś chce poprawiać dobre na (niekoniecznie) lepsze.

 Po jakichś trzech miesiącach szkolenia zgłosiły się kolejne chętne na szkolenie osoby. Niestety nasz bohater z różnych względów (miały one charakter przejściowy) nie mógł sobie pozwolić na przyjęcie kolejnych uczniów. Wpadł więc na "genialny" pomysł - dwóm ze swoich uczniów (będących w terminie od trzech miesięcy) przydzielił po uczniu. Wyszedł z założenia, że nauczą nowych tego co sami wiedzą, a z czasem, gdy poznają nową wiedzę przekażą ją dalej. Dzięki temu jego uczniowie będą mogli uporządkować swoją wiedzę i zobaczyć jak to jest, gdy uczy się kogoś innego. Rozmawialiśmy wtedy o tym i wyraziłem swoją dezaprobatę dla tego pomysłu - dwa/trzy miesiące to stanowczo zbyt mało, żeby na tyle poznać system, by móc uczyć kolejne osoby. A. stwierdził, że takie rozwiązanie ma charakter tymczasowy - gdy będzie już nieco wolniejszy (bo jego ograniczenia czasowe miały się, teoretycznie, wkrótce skończyć) weźmie do terminu uczniów swoich uczniów. Zauważyłem wtedy, że takie wyjątki często stają się potem regułą, bo ludziom wydaje się, że skoro ich nauczyciel dopuszcza takie rozwiązania to są one dobre i bezpieczne.

 Podsumujmy historię na tym etapie: mamy nauczyciela uczącego uczniów A, którzy po 2/3 miesiącach nauki zostali nauczycielami dla uczniów B.

 Tymczasowe problemy nauczyciela okazały się bardziej długotrwałe niż mu się początkowo wydawało. Coś, co początkowo miało być jedynie wyjątkiem zaczęło przeradzać się w regułę, bo uczniowie B po kilku miesiącach zostali nauczycielami dla uczniów C. Wyraziłem wtedy jeszcze większe zaniepokojenie, bo sytuacja robiła się coraz bardziej niebezpieczna. Kolega uspokoił mnie stwierdzeniem, że system się sprawdził, działa bez zarzutu, a on i tak wszystko kontroluje. Poza tym nie można przecież ograniczać ludziom dostępu do wiedzy, a stare metody szkolenia (branie uczniów po kilku/kilkunastu latach) to prosta droga do tego, żeby wiedza wymarła. W dodatku kiedyś też tak robiono, więc de facto problemu nie ma. Odparłem, że owszem obaj znamy takie przypadki, ale były to sytuacje wyjątkowe, w dodatku na ogół dotyczyła układu nauczyciel - 1 uczeń A - 1 uczeń B. Tymczasem tutaj tworzy się jakaś dziwna piramida, nad którą ciężko będzie zapanować. Dodałem też, że nie uznałbym takich osób i nie podzieliłbym się z nimi posiadaną przeze mnie wiedzą. Puenta A. była taka, że wie co robi, jest samodzielny i nie zamierza rezygnować z czegoś co działa całkiem nieźle.

 Jedna z uczennic z pokolenia C stwierdziła, że skoro jej nauczyciel i nauczyciel jej nauczyciela brali własnych uczniów już po 2/3 miesiącach szkolenia to jej też wolno. W końcu już tyle umie, ćwiczyła różne rytuały i nic złego się nie stanie. W czasie wykonywania rytuału usuwającego złe oko popełniła błąd - wezwała coś, czego nie była w stanie okiełznać. Początkowo myślała, że złe samopoczucie pacjenta i potencjalnego ucznia (nota bene jej chłopaka) to nic takiego. Z czasem okazało się, że sprawa nie jest wcale taka prosta, bo jej ukochany ma się coraz gorzej i jakoś nie może dojść do siebie. Zwróciła się o pomoc do swojego nauczyciela, który niestety jej nie pomógł, bo nie miał pojęcia co w takiej sytuacji zrobić. Finalnie sprawa oparła sie o samego A., któremu na szczęście udało się poskładać delikwenta do kupy.

 Finał historii jest taki, że powiedziałem "a nie mówiłem", a kolega początkowo twierdził, że to jednostkowy przypadek i wszystko nadal działa jak trzeba. Finalnie stwierdził, że może jednak nie do końca i musi przemyśleć swój system szkoleniowy. Oczywiście obraził się nieco po tym jak powiedziałem wprost jakie jest moje zdanie na ten temat.

Myślę, że komentarz do całej sprawy jest zupełnie zbyteczny, bo cała historia niesie ze sobą czytelny morał odnośnie tego co nalezy, a czego nie należy robić chcąc przekazać swoją wiedzę innym.
3.12.2015
 Tym razem na tapetę trafiła książka: "Oczyszczanie woskiem i jajem. Ludowe terapie na współczesne dolegliwości".

 Wydawca reklamuje książkę jako "niezwykłe kompendium na temat uzdrawiania oraz oczyszczania woskiem i jajem". Książka ma niecałe 150 stron, z tego głównemu tematowi autorka poświęciła zaledwie 50 stron. Książka kosztuje 29,20 (taka cena znajduje się na okładce) - osobiście kupiłem ją w Empiku płacąc 27zł. Na dobrą sprawę na rosyjskojęzycznych stronach internetowych można znaleźć artykuły, które zawierają o wiele więcej informacji - są nawet całe terapie oczyszczania jajem/woskiem rozpisane na cały miesiąc księżycowy - zupełnie za darmo (nie licząc kosztów dostępu do internetu). Wystarczy trochę cierpliwości i Google Translator. Dla znających rosyjski możliwości są jeszcze większe, bo za 30 polskich złotych (biorąc pod uwagę kurs rubla) można kupić co najmniej kilka, kilkuset stronicowych, książek. Ostatnio upolowałem fajną pozycję - 880 stron za jedyne 99 rubli (6,50zł).

 Do zakupu zachęciło mnie to co znalazłem na okładce:

"Podane przez Autorkę metody były skutecznie wykorzystywane od wieków i sprawdzają się po dziś dzień" 

"Specjalistka z zakresu ludowych terapii naturalnych, w niezwykle praktyczny sposób przedstawia jak samodzielnie korzystać z wiedzy przodków  i stosować ją w uzdrawianiu"

 Czytając to wywnioskowałem, że w książce znajdę ludowe metody oczyszczania przy pomocy wosku i jajka i dlatego ją kupiłem - celem porównania metod Autorki z tymi, które sam znam. Po pobieżnym przejrzeniu książki srogo się rozczarowałem, bo ludowego podejścia do oczyszczania woskiem i jajkiem w książce znaleźć się nie da.

 Pierwsze cztery rozdziały książki to przemyślenia i historie z życia Autorki książki.Pierwszy rozdział traktuje o reinkarnacji i karmie w wydaniu typowo ezoterycznym (yep, bardzo to ludowe), a w kolejnych Autorka opisuje wiele faktów ze swojego życia, które wpłynęły na to, że została ezoteryczką. Zwróciłem tu uwagę na dwa fragmenty: pierwszy traktuje o ścieżkach prawej i lewej ręki, a drugi o "zasadzie trzech".

 Autorka stara się wytłumaczyć czytelnikom czym jest ścieżka prawej i lewej ręki. Szczególnie interesujący jest tutaj ten cytat, który jasno pokazuje, że nasza specjalistka nie do końca rozumie znaczenie stosowanych przez siebie terminów:
Wyznawcy ścieżki Prawej Ręki postrzegają Boga jako coś nadrzędnego wobec istoty ludzkiej. Prowadzi to do podporządkowania się zewnętrznym nakazom i zakazom, oddania swojego życia jako ofiary, która ma wartość tylko wtedy, gdy służy zewnętrznej Nadprzyrodzonej Sile. Wszystkie ścieżki Prawej Ręki obiecują nagrodę w postaci wiecznej szczęśliwości w życiu pozagrobowym lub wyzwolenie z nieszczęść tego świata. Z tej krótkiej analizy wynika jasno, iż ścieżki Prawej Ręki są o wiele bezpieczniejsze dla spokoju i porządku społecznego. Nie dają ludziom miejsca na wolne kierowanie swoim rozwojem, zawsze czemuś wtedy podlegamy. Istnieje pewność, że ludzie idący nią nie będą występowali przeciwko macierzystej religii lub przeciwko swoim Opiekunom.

 Drugi interesujący fragment dotyczy Prawa Trójpowrotu, nazywanego przez Autorkę "zasadą trzech". W książce zawarta jest historia o tym jak to pewna pani swoimi myślami miała spowodować zgon pewnego pana, a potem na skutek "zasady trzech" miała trzy pogrzeby w rodzinie. Nie będę się tu rozwodził nad tym czy Prawo Trójpowrotu ma sens i jaki jest jego mechanizm, ale sami wiccanie przyznają wprost, że to tak nie działa ;] Czasami zdarzają się sploty nieszczęśliwych wypadków i nie ma sensu szukać w tym kosmicznej sprawiedliwości, która karze ludzi za ich zbrodnie i obdarza ich cierpieniem mającym dydaktyczny wymiar. Jak mawiał Freud "czasami cygaro jest tylko cygarem i niczym więcej".

 Rozdział piąty traktuje o oczyszczaniu jajkiem i woskiem. Na samym początku rozdziału Autorka cytuje artykuł Agaty Bednarskiej, który można znaleźć w różnych miejscach w sieci. Z niektórymi tezami w nim zaprezentowanymi rozprawiłem się zresztą, swego czasu, na blogu. W dalszej części rozdziału znajdują się fotografie jajek po oczyszczaniu każdej z czakr wraz z interpretacjami. Owe interpretacje są zdecydowanie nieludowe, chwilami (z punktu widzenia sposobu ludowego) po prostu błędne.

 Na kolejnych stronach specjalistka prezentuje inny sposób oczyszczania jajem. Ze wstępu możemy się dowiedzieć, że: "Jest to sposób od dawna praktykowany we wszystkich kulturach. Do dziś stosują go zamawiaczki i szeptuchy na wschodzie naszego kraju". Autorka przytacza teksty recytowane w czasie zabiegu - nie są one ludowe, pochodzą z internetowych artykułów. Przy okazji przyznaje się do tego, że oczyszczania tą metodą nauczyła się na jakimś kursie. To ciekawe, bo na Facebooku (gdzie Autorka reklamowała swoją książkę co spowodowało wywiązanie się dyskusji) nie chciała przyznać się do tego skąd pochodzą zaprezentowane przez nią sposoby. Opis rytuału skupia się na różnych, de facto niewiele znaczących, szczegółach dotyczących tego jak trzymać jajko i co z nim zrobić po wykonaniu rytuału. Nie wiem skąd przekonanie, że jajko należy trzymać w prawej ręce i koniecznie prawą ręką wylewać zawartość szklanki (czyli jajko i wodę) do sedesu. Ręka nie ma tu większego znaczenia - jeżeli ktoś jest mańkutem i wygodniej używać mu do tego lewej ręki może to spokojnie zrobić bez obaw o skuteczność zabiegu.

 Opis nie zawiera w ogóle informacji o tym dlaczego całą czynność należy wykonywać tak, a nie inaczej, dlaczego jajko trzeba trzymać w określony sposób, a po zabiegu wywalić wszystko do sedesu prawą ręką O symbolice jaja też jest niewiele, bo stwierdzenie "jajko to przecież w każdej kulturze symbol życia, więc zdejmuje z człowieka choroby, wraca mu zdrowie i przepędza zło" to w zasadzie tyle co nic. Swoją drogą - jajko jest także symbolem śmierci, po której nie zawsze musi nastąpić szczęśliwe zakończenie w postaci zmartwychwstania. Stąd część klątw i rytuałów mających na celu sprowadzenie na kogoś choroby również bazuje na wykorzystaniu jajka.

 Dalej mamy opis tego jak można oczyścić się jajkiem samodzielnie. Jest to po prostu modyfikacja sposobów zaprezentowanych wcześniej Przy okazji Autorka wspomina o tym, że sama usprawniła ten sposób przekładając jajko, w połowie rytuału, z prawej ręki do lewej. Jak sama pisze odbyło się to "za zgodą i wolą Najwyższego". Prawdę mówiąc nie sądzę, żeby Najwyższy (jakkolwiek by go nie pojmować) zwracał uwagę na takie drobiazgi.

 Część poświęcona jajku kończy się opisem sposobu oczyszczania, przy jego pomocy, czakr. Kultury, które zakładają ich istnienie zapewne mają własne metody ich oczyszczania i harmonizacji, więc stosowanie ku temu ludowego sposobu jest, moim zdaniem, pozbawione sensu. Opis zabiegu zawiera dokładne informacje o tym jakie ruchy należy wykonywać i jakie części ciała dokładnie oczyszczać - wszystko sprowadza się do trzech obrotów w prawo. Przy okazji oczyszczania każdej czakry należy wypowiadać formułkę skierowaną do Matki Boskiej. Autorka wspomina, że "jak mi wiadomo, to takie oczyszczania znane były już dużo wcześniej, przed chrześcijańską historią Polski. Ten jednak sposób i ten zwrot wyraźnie mówi, że rytuał ten przeprowadzały osoby wierzące, uważam, że słowa tej modlitwy są zachowane do dnia dzisiejszego".  Cóż - nic dodać, nic ująć. Ezomezo i totalny misz-masz na całego.

 Przechodzimy do oczyszczania woskiem. Wstęp zawiera informację o tym, że wiele rzeczy robi się "na niby" a mimo to działają - nic dziwnego, bo na tej zasadzie działa wiele rytuałów ;]
Autorka twierdzi też, że do zastosowania zabiegu nie ma żadnych przeciwwskazań - widocznie nie słyszała nigdy o ludowych przekonaniach w tym temacie. Być może ezoteryczny sposób rzeczywiście nie ma żadnych przeciwwskazań, ale w takim wypadku pojawia się pytanie o to na jakiej zasadzie działa i czy jego skuteczność nie opiera się jedynie na psychologii i autosugestii. Na kolejnych stronach można znaleźć informację kto uczył Autorkę takiego sposobu oczyszczania oraz wzmiankę o tym, że łączy ona zabiegi oczyszczania woskiem z radykalnym wybaczaniem i wysyła prośby do Aniołów. Dalej mamy opowieść jednej z klientek - zapis jej doświadczeń związanych z oczyszczaniem kończy rozdział piąty.

 Rozdział szósty zawiera informacje praktycznie odnośnie oczyszczania woskiem. Znajdują się w nim informacje o tym czego potrzeba, aby takie oczyszczanie wykonać i jak należy je przeprowadzić krok po kroku. Z lektury dowiadujemy się m.in., że oczyszczanego należy posadzić twarzą w kierunku wschodnim (wyjaśnienia dlaczego akurat taki kierunek - brak). Na dobrą sprawę w magii ludowej nie ma to w tym wypadku znaczenia - równie dobrze można oczyszczanego posadzić w kierunku zachodnim - również będzie to miało swoje uzasadnienie. Inną ciekawostką jest to, że do zabiegu potrzeba 74 wiórków ze świecy woskowej - pytanie skąd akurat 74, bo ta konkretna liczna nie ma w folklorze żadnego wybitnego znaczenia.

 Dalej mamy opis rytuału, który jest krótko mówiąc dziwny. Zgodnie z opisem w jednej ręce należy trzymać garnek, w drugiej butelkę z wodą, a następnie zakreślić butelką trójkąt  nad głową oczyszczanego. W książce znajdują się informacje jak dokładnie ów trójkąt powinien być wykreślony (jest nawet stosowny obrazek). Trójkąt zakreśla się cztery razy - za każdym razem należy przelać nieco wody do garnka i wypowiedzieć stosowną formułkę. Dopiero potem następuje wylanie wosku do garnka z wodą - trzymając go w ręku należy okrążyć delikwenta trzy razy w lewo. W tym czasie choroba ma przechodzić na wosk (to nic, że już dano przeszła, ale parę kółek nie zaszkodzi. Schemat rytuału kończy się na opisie jak należy się odcinać i stwierdzeniu, że jest to procedura niezbędna. W przypadku metod ludowych jest ona zupełnie zbędna, ale widocznie ezoteryczne sposoby rządzą się swoimi prawami.
Na kolejnych stronach rozdziału Autorka pisze o tym skąd biorą się zanieczyszczenia w aurze, o oczyszczaniu domów - jest także historyjka jednego z klientów z dokumentacją fotograficzną. Wspomina także o tym, że na Bałkanach używa się do oczyszczania miodu i że chciałaby się tego sposobu nauczyć. Niestety (albo stety) póki co nie ma w Polsce ezoterycznych kursów na ten temat i póki co nie zanosi się na to, żeby takowe się pojawiły ;]


 W ostatnim rozdziale ("Zakończenie") Autorka:
  • ponownie porusza temat oczyszczania pomieszczeń,
  • przedstawia historię woskowych świec,
  • w jednym zdaniu odnosi się do symboliki świec,
  • wspomina o modnych rytuałach z użyciem ognia - chodzi jej zapewne o tzw. magię świec. Przy okazji zastanawia się jak mają się  one do sposobów ludowych ("Czasami je robię [rytuały z użyciem ognia - przypisek mój], ale zastanawiam się jak one mają się do do tych bardzo tradycyjnych sposobów opisywanych wcześniej, a ciągle stosowanych w Polsce, na Białorusi i Ukrainie"),
  • wspomina o Wicca i "Elementach rytuału" Lipp,
  • twierdzi, że do rytuałów świece muszą być woskowe i dziewicze (czyli nie używane do oświetlania),
  • podaje korespondencje kolorów świec ze znakami zodiaku,
  • twierdzi, że wosk jest nośnikiem wszystkich czterech żywiołów natury.

 Podsumowując tę przydługą recenzję: nie polecam książki osobom, które szukają oryginalnych ludowych sposobów, bo takowych w książce po prostu nie ma. Są w niej sposoby ezoteryczne, których praktykowanie może spowodować nabranie złych, z punktu widzenia magii ludowej, nawyków. Jest to szczególnie ważne dla osób, które docelowo chcą się tych ludowych sposobów nauczyć - będą musiały zapomnieć 90% tego, co wyczytały w tej książce, żeby móc porządnie praktykować ludowe sposoby. Nie jestem ezoterykiem we współczesnym tego słowa znaczeniu, więc ciężko mi powiedzieć, czy takie osoby skorzystają na przeczytaniu książki czy nie. Na pewno dla osób znających języki obce (rosyjski/angielski) istnieje wiele lepszych i w dodatku darmowych alternatyw. 

3.04.2015
 Tym razem na tapecie trudny i skomplikowany temat - inicjacja. Postaram się poruszyć kilka różnych wątków - opisać jak wygląda to w różnych znanych mi ludowych tradycjach, dodać kilka ogólnych informacji i przedstawić spostrzeżenia własne. Ten ostatni aspekt tekstu jest wyjątkowo trudny, bo ciężko pisać o takich rzeczach w sposób sensowny, nie lać wody i jednocześnie nie sprowadzić własnych odczuć, które ciężko przelewa się na tekst pisany, do poziomu płytkiego frazesu.

 W kwestii informacji bardziej ogólnych:

  • inicjacja nie równa się inicjacji - to, że ktoś został inicjowany w coś nie oznacza automatycznie, że będzie mu łatwiej wejść na inną ścieżkę wymagającą inicjacji. Czasami będzie mu wręcz trudniej. Inicjacja w system A nie oznacza, że do systemu B można będzie się inicjować z pominięciem np. treningu preinicjacyjnego jeżeli ścieżka B tego wymaga. Niby to oczywiste, ale widziałem już bardzo różne wypowiedzi osób, dla których nie do końca jest to jasne. Przykładem może być casus pewnego pana reikowicza, który był przekonany, że inicjacja reikowa dała mu możliwość odprawiania rytuałów wymagających inicjacji bez jej przejścia. To, że znam się na magii podlaskiej nie oznacza automatycznie, że znam na wylot np. magię kielecką. Owszem mogę mieć pewne pomysły odnośnie tego jak odprawić gusło pochodzące z tych terenów, ale nie daje mi to takiej samej wiedzy jak osobom, które siedzą konkretnie w tej dziedzinie.
  • przejście inicjacji nie oznacza automatycznego zdobycia mocy czy wiedzy -przekonanie to wiąże się z innym - postrzegania inicjacji jako fetyszu i czegoś po czym na inicjowanego spływa oświecenie i wszelaka wiedza :> To tak nie działa - owszem, po doświadczeniu inicjacyjnym można odczuwać dodatkową moc, ale trzeba brać pod uwagę, że ten "boost" może się prędzej, czy później skończyć. Na pewno warto czas tuż po takim doświadczeniu przeznaczyć na intensywną praktykę i mądrze wykorzystać zwyżkę sił. 
  • nie warto nastawiać się na konkretne doświadczenia po inicjacji - jedni mają bardzo silne odczucia zmiany o 180 stopni, inni początkowo nie czują nic, bo efekty rozwijają się powoli i w dłuższym czasie.
  • samoinicjacja to sprzeczność sama w sobie, bo nie można dać sobie samemu czegoś, czego się nie posiada.
 

OWCZARZE

 Opisy różnych rodzajów inicjacji zacznę od cytatu dotyczącego inicjacji owczarzy. Źródło cytatu: "Tomasz Rogaliński, Adam Zwierzyński "Badania etnograficzne w Górach Świętokrzyskich - 2009 r."

"Jedno z wtajemniczeń owczarzy (a było kilka) to wykopanie z grobu świeżo pochowanego Żyda. Na kirkut należało wejść przez ogrodzenie (nie przez bramę) i wynieść ciało przez ogrodzenie. Następnie należało wypruć mu żyły i zachować. Zwłoki z powrotem zanieść na cmentarz i pochować. Cała operacja była rodzajem inicjacji, pokazaniem odwagi. Na tym koniec roli inicjacyjnej. Jednak był dalszy ciąg - żyły suszono i wykorzystywano do przeróżnych magicznych celów. Zdradzono mi tylko jeden. Otóż robione świece z knotami z suszonych żył. Złodzieje po zakradzeniu się nocą do domu zapalali je by domownicy spali tak długo jak się świeca paliła. W tym czasie okradali śpiących. Mój informator powiedział, że moc uzyskiwana w drodze kolejnych wtajemniczeń - inicjacji pochodziła nie od Boga a od Szatana. Potwierdzała to jego żona obecna przy rozmowie. Informator był nieczynnym już zawodowo owczarzem. Twierdził ponadto, że klany mające swoje, tego typu obyczaje, były trzy - oni czyli owczarze, kowale i wędrowni wiejscy muzykanci (nie umuzykalnieni wieśniacy grający przy różnych okazjach lecz wędrowcy - ludzie drogi). Twierdził, że dawniej owczarze także byli ludźmi drogi ponieważ wędrowali ze stadami aż nad Wisłę, i na wypasy pomiędzy różnymi dobrami w ramach majoratów (najczęściej należących co emerytowanych carskich oficerów).

Inna inicjacja, wcześniejsza niż cmentarna. Chyba pierwsza, decydująca w ogóle o wejściu do klanu. Należało pójść nocą (tu wątpliwość do ustalenia - o nowiu czy w pełni księżyca), na rozstajne drogi gdzie ustawiono krzyż. Drewniany. Dalej, ...- trzeba było go chwycić obejmując rękoma ale tak, by odwrócić się do góry nogami. Potem chwytając (obejmując) na przemian nogami i rękoma wspiąć się do góry nogami aż do poprzeczki krzyża i zawisnąć na niej na ugiętych w kolanach nogach. Dłońmi wyrwać minimum trzy kępy porastającego krzyż mchu (porosty? - wątpliwość TR). Zejść a kępy oddać starszemu. Na tym koniec inicjacji. Mech (porosty? - TR) wykorzystywano w klanie do zabiegów magicznych. Te nie są mi znane. Nie znam również zaklęć, które towarzyszyły w/w inicjacjom."


SZEPTUCHY

Powtarza się tu pewien konkretny schemat - cała historia zaczyna się od bycia pacjentem.

 Bardzo dobrym przykładem będzie tutaj babka z Rutki, która o swoich początkach opowiada w jednym z wywiadów. Wszystko zaczęło się od problemów z ręką - aby uzyskać pomoc pani Hanna obeszła wszystkie babki  w okolicy. Znalazła w końcu taką, której działanie odniosło oczekiwany skutek. Potem poprosiła kobietę, która jej pomogła o przekazanie znanych jej tekstów. Ten sam schemat powtarza się też w innych przypadkach.

 W teorii wszystko wygląda prosto - wystarczy pojechać, usiąść na taboreciku, poczekać aż babka skończy, potem poprosić o modlitwy i koniec. W praktyce rzadko kiedy to tak wygląda. Czasami poszukiwanie tej konkretnej babki, której działania okażą się skuteczne wymaga zjeżdżenia co najmniej kilku wsi aż trafi się na tą właściwą. Bywa tak, że ludzie szukają zagranicą, bo w Polsce nie znajdują tego, czego szukali. Sam np. byłem u bardzo znanej babki, do której ustawiają się kolejki samochodów i której skuteczności krążą legendy, a mimo to po jej działaniach nie odczułem niczego specjalnego.

 Znam też opowieści osób, które przed wyprawą do babki próbowały paru guseł, które udało im się znaleźć w internecie, zobaczyć na filmikach na YT albo na żywo. Na ogół zwracają one uwagę, że po wizycie u babki, poddaniu się zabiegom i ponownemu próbowaniu guseł efekt był zupełnie inny - lepszy. Widocznie takie doświadczenie odblokowuje w człowieku coś, co sprawia, że praktyka guślarska wskazuje na nowy, wyższy poziom. Sama wizyta oczywiście to nie wszystko - po otrzymaniu tekstów (często niespisanych, trzeba notować albo nagrywać samodzielnie) i ustnych wskazówek trzeba po prostu dużo, dużo ćwiczyć i obserwować efekty.

 Osobom zainteresowanym polecam tekst Adama, który także był u babki i na swoim blogu opisuje swoje wrażenia z tego doświadczenia. Link do tekstu można znaleźć tutaj.

 Ciężko mi powiedzieć co konkretnie zmieniło się w moim przypadku po przeżyciu takiego doświadczenia. Początkowo miałem wrażenie, że ktoś rozwalił mnie na atomy, a potem złożył na nowo tylko lepiej. Jak mi już przeszło czułem się dziwnie - po prostu inaczej, ale nie jestem w stanie stwierdzić na czym ta inność miałaby polegać. Na pewno z perspektywy lat doświadczenia inaczej postrzegam to wszystko dzisiaj niż wtedy, kiedy to wszystko się działo. Za kolejne 10 lat (o ile ten blog wcześniej nie wyleci w kosmos) tekst zapewne wymagał będzie większego lub mniejszego przebudowania.

BAŁKANY 

Dochodzimy do Bałkanów i sprawa zaczyna się nieco komplikować - m.in. ze względu na to, że czarownicą/czarownikiem można tu zostać już w momencie urodzenia. Zgodnie z ludowymi wierzeniami predysponowane są osoby, które urodziły się w czepcu, ewentualnie takie, które mają różnego rodzaju anomalie.

 Różnej maści pozycje dotyczące bałkańskiego folkloru pełne są opisów inicjacji przez bardzo różne byty. Odbywają się one albo w czasie snu, albo w momencie, gdy osoba inicjowana przebywa w transie. Można znaleźć opisy inicjacji dokonanych przez wróżki, Świętych (np. Świętego Antoniego, Świętą Petkę), Leśną Matkę, Lesnika czy Staraca. Sam przebieg inicjacji wygląda często dość podobnie, a mimo to każda inicjacja wygląda nieco inaczej. Wspólne elementy obejmują na ogół pojawienie się bytu i przekazanie mocy i wiedzy. Tym co różnicuje daną inicjację od innej są szczegóły - jeden inicjowany opowiadał o grupie wróżek, które zaprowadziły go na wzgórze, inny uciął sobie pogawędkę ze Świętym lub Leśną Matką pod drzewem, jeszcze inny trafił do lasu, gdzie spotkał Lesnika albo nad rzekę, gdzie inicjował go Starac.

 Samą inicjacje poprzedzały na ogół przygotowania -najczęściej polegały one na odseparowaniu się od społeczności i wycieczkach w miejsca, gdzie moc jest szczególnie silna. Miało to na celu budowanie mocy i oczyszczanie ciała i ducha przed tym co miało później nastąpić. Tego typu przygotowania trwały czasami nawet kilka miesięcy.

 Po przygotowaniu były dwie możliwości inicjacji - albo inna osoba inicjowana wzywała siły wyższe/byty, aby inicjowały chętnego albo sam kandydat prosił siły wyższe o interwencję. Oczywiście jeżeli kandydat nie był odpowiedni lub nie był gotowy do tego co ma nastąpić siły wyższe nie interweniowały i do inicjacji nie dochodziło.

 To co odróżniało czarownicę od innych osób zajmujących się na wsi gusłami była właśnie inicjacja - osoby, które jej nie przeszły mogły próbować kontaktu z siłami wyższymi, ale brak inicjacji sprawiał, że kontakty nie były możliwe.
3.02.2015
 Pora na kolejną recenzję - tym razem na tapecie wylądował "Prorok Niecodzienny", który ma być gazetą satyryczno-ezoteryczną. Niech popłyną nieprzebrane strumienie hejtu! Dla porządku dodam, ze gazetę można pobrać tutaj.

 Gazeta z założenia ma być satyryczno-ezoteryczna, ale na dobrą sprawę nie wiadomo, który komponent ma dominować. Pamiętam kilka inicjatyw mających na celu opisywanie rzeczywistości w pogańskim czy ezoterycznym światku w sposób satyryczny. Był blog z plotkami, były opowiadania, których bohaterowie jako żywo przypominali realne osoby, były też komiksy i demotywatory. Na tym tle "Prorok" wypada cokolwiek blado, bo poziom satyry jest co najmniej średni (bądźmy szczerzy - określenie "średni" to w tym wypadku eufemizm). Nawet demoty o koszernym chlebie i opowieści o uczestnictwie w "katolickich gusłach" wywoływały więcej śmiechu.

 Na temat grafiki pisemka nie będę się szerzej wypowiadał, bo to kwestia gustu - plus za różowego jednorożca, minusem są moim zdaniem świecące litery (przypominają mi trochę neony kasyn i burdeli rodem z Las Vegas).

 Jednym z problemów jest niewątpliwie to, że niektóre teksty nie przeszły jakiejkolwiek korekty. Skoro w redakcji jest osoba odpowiedzialna za te sprawy wypadałoby podesłać jej teksty i dać jej nad nimi popracować. Tymczasem wyszło jak wyszło i gazetka jest pełna kwiatków różnej maści.

 Ciężko powiedzieć  co miało być tematem przewodnim gazetki - wychodzi na to, że chyba wicca. Zabrakło jakiegoś artykułu na ten temat, który wyjaśniałby krótko o co w tym wszystkim chodzi i był wstępem do głównego punktu, czyli wywiadu. Udzieliła go Sheila - będąca arcykapłanką w linii Whitecroft. Za to autorom gazetki należy się spory plus, bo zamiast wziąć nastoletnią wiccankę eklektyczną postanowili zadać kilka pytań Sheili - wiccańskiej arcykapłance z linii Whitecroft, która na temat wicca ma do powiedzenia wiele ciekawych rzeczy. Sam pomysł miał olbrzymi potencjał, ale sam wywiad niestety tego potencjału nie wykorzystuje, bo pytania są cokolwiek tendencyjne. Fakt, że na pytania odpowiada osoba inicjowana można było wykorzystać lepiej i zapytać o różne smaczki, o których nie wspomina cała masa stron na temat wicca, które można znaleźć w internecie.

 Wywiad przeszedł w zasadzie niezauważony, bo wszyscy skupili się na dwóch tekstach dotyczących forum Witchcraft. Najwięcej kontrowersji i ogromną gównoburzę na WC wywołał drugi tekst - zawierający opinie różnych osób na temat adminki tegoż forum - Olimpii. Redaktor naczelny twierdzi, że adminka sama chciała, aby tego typu tekst pojawił się w gazetce. Nie wiem czego się spodziewała, ale temu, co się ukazało daleko do hymnów pochwalnych. Polecam lekturę niektórych wypowiedzi - zwłaszcza tej, która informuje świat, że Olimpia kocha swoją mamę (jako żywo przypominają mi się rozmaite piosenki z czasów przedszkolnych).

 Użytkownicy Witchcrafta oburzali się głównie na to, że komentarze nawiązują do życia prywatnego bohaterki - tajemnicą poliszynela jest to, że gdyby ankieter zapytał odpowiednie osoby efekt byłby o wiele gorszy, a informacji o życiu prywatnym byłoby o wiele, wiele więcej. Sama zainteresowana odniosła się zresztą do całej sprawy twierdząc, że nie odniesie się do napisanych na jej temat bzdur. Jednocześnie dodała co następuje:

Nie jeden z was mówił mi wiele rzeczy... między innymi znam rozmiar penisa niektórych z was (8 cm... serio?), nie będę mówić o tym kto planował mordestwo, kto zarzywał narkotyki, kogo wyrzucono na ulice i z depresracji uprawiała seks za pieniądze, nie wspomnę nawet o przyznaniu się do tego ile kto ma praktyki, kto kogo kocha, z jakimi problemami do mnie przychodziliście i ile razy wam pomogłam, nie będę także opisywać jak to jeden user z innym userem uprawiałi seks i kto się ma demona. I wiele, wiele innych.

Z niecierpliwością czekam na konkurencyjną gazetkę, która pełna będzie tego typu tajemnic. To byłby zaiste wydawniczy hit. Wiele osób chętnie o tym poczyta, zadając sobie w czasie lektury na temat 8cm członka nieśmiertelne pytanie "jak żyć?" Przy okazji - jeżeli pan z 8cm penisem ma z tym jakikolwiek problem to zapraszam do kontaktu mailowego - gwarantuję darmową psychoterapię.

 Kolejna strona gazetki została poświęcona Prawu Trójpowrotu. Tekst można podsumować krótkim stwierdzeniem - nie wiedza z niego bije, jeno pomroczność jasna. Na pierwszy rzut oka widać, że autor tekstu nie siedzi w wicca i temat nieco go przerósł. O Prawie Trójpowrotu napisano naprawdę sporo, o tym skąd wzięła się ta słynna trojka takoż - hipotez jest wiele, a tymczasem dowiadujemy się, że "dla Wicci liczba 3 jest bardzo ważna i często wymieniana". Yep, szkoda, że nic z tego nie wynika i dalej nie wiadomo jakie jest pochodzenie trójki. Wystarczyło lepiej zgłębić temat - w internecie źródeł jest aż nadto. Najlepiej gdyby taki tekst napisał wiccanin albo osoba mająca wiedzę w temacie - zwłaszcza, że w gazecie jest wywiad z wiccanką. Wystarczyło zapytać Sheilę o Trójpowrót - z pewnością nawet kilkuzdaniowa wypowiedź inicjowanej wiccanki wniosłaby więcej niż ten całostronicowy tekst.

Następny tekst poświęcono forum Wiedza Pradawna. Tekst, podobnie jak ten poświęcony WC i jego admince, wzbudził sporo kontrowersji - przede wszystkim ze względu na to, że napisał go moderator Wiedzy Pradawnej. Pojawiły się oskarżenia o to, że gazetka ma na celu dyskredytowanie WC i idealizowanie WP. Ktoś tego ewidentnie nie przemyślał - trzeba było po prostu wstawić recenzję innego forum i po problemie. Tekst rzeczywiście przypomina nieco reklamę, ale faktem jest, że na WP kindery są dość aktywnie pacyfikowane.

 Ostatnie dwa teksty w gazetce to recenzje - recenzja jest de facto jedna, bo tekst Lorda nią po prostu nie jest. Recenzja książki Warnecka jest chyba jedynym tekstem, którego nie mam zamiaru czepiać się... zbyt mocno.

 Podsumowując:  ciężko powiedzieć, w którą stronę gazetka ma zmierzać - póki co przypomina gazetkę szkolną i na dobrą sprawę nie wiadomo, czy ma aspiracje to bycia sensownym periodykiem ezoterycznym z nutką satyry, czy raczej niezobowiązującą czytanką orbitującą w okolicy ezoterycznego pudelka. Koleje numery być może pokażą jaką wizję periodyku ma jego redaktor naczelny i w którą stronę to dalej pójdzie.
 

Szukaj na tym blogu

Łączna liczba wyświetleń

Archiwum

Obserwatorzy

Kontakt

mail: verm@onet.pl