3.23.2015
 Cała historia zaczęła się kilka miesięcy temu, a niedawno miała dość nieciekawy finał.

 Pewien pan zajmujący się magią (nazwijmy go A.) postanowił, że pora postarać się o uczniów, bo warto przekazać swoją wiedzę dalej. Wziął pod swoje skrzydła trzy osoby, na których przeprowadził coś w rodzaju rytuału inicjacyjnego - krótko mówiąc poguślił nad nimi trochę usuwając pewne problemy zdrowotne i przy okazji "aktywując" moc swoich uczniów. Potem oczywiście przyszła pora na uczenie się teorii i ćwiczenia praktyczne pod okiem nauczyciela. Typowy schemat, który na ogół działa bardzo dobrze - chyba, że okoliczności albo ludzkie pomysły sprawią, że ktoś chce poprawiać dobre na (niekoniecznie) lepsze.

 Po jakichś trzech miesiącach szkolenia zgłosiły się kolejne chętne na szkolenie osoby. Niestety nasz bohater z różnych względów (miały one charakter przejściowy) nie mógł sobie pozwolić na przyjęcie kolejnych uczniów. Wpadł więc na "genialny" pomysł - dwóm ze swoich uczniów (będących w terminie od trzech miesięcy) przydzielił po uczniu. Wyszedł z założenia, że nauczą nowych tego co sami wiedzą, a z czasem, gdy poznają nową wiedzę przekażą ją dalej. Dzięki temu jego uczniowie będą mogli uporządkować swoją wiedzę i zobaczyć jak to jest, gdy uczy się kogoś innego. Rozmawialiśmy wtedy o tym i wyraziłem swoją dezaprobatę dla tego pomysłu - dwa/trzy miesiące to stanowczo zbyt mało, żeby na tyle poznać system, by móc uczyć kolejne osoby. A. stwierdził, że takie rozwiązanie ma charakter tymczasowy - gdy będzie już nieco wolniejszy (bo jego ograniczenia czasowe miały się, teoretycznie, wkrótce skończyć) weźmie do terminu uczniów swoich uczniów. Zauważyłem wtedy, że takie wyjątki często stają się potem regułą, bo ludziom wydaje się, że skoro ich nauczyciel dopuszcza takie rozwiązania to są one dobre i bezpieczne.

 Podsumujmy historię na tym etapie: mamy nauczyciela uczącego uczniów A, którzy po 2/3 miesiącach nauki zostali nauczycielami dla uczniów B.

 Tymczasowe problemy nauczyciela okazały się bardziej długotrwałe niż mu się początkowo wydawało. Coś, co początkowo miało być jedynie wyjątkiem zaczęło przeradzać się w regułę, bo uczniowie B po kilku miesiącach zostali nauczycielami dla uczniów C. Wyraziłem wtedy jeszcze większe zaniepokojenie, bo sytuacja robiła się coraz bardziej niebezpieczna. Kolega uspokoił mnie stwierdzeniem, że system się sprawdził, działa bez zarzutu, a on i tak wszystko kontroluje. Poza tym nie można przecież ograniczać ludziom dostępu do wiedzy, a stare metody szkolenia (branie uczniów po kilku/kilkunastu latach) to prosta droga do tego, żeby wiedza wymarła. W dodatku kiedyś też tak robiono, więc de facto problemu nie ma. Odparłem, że owszem obaj znamy takie przypadki, ale były to sytuacje wyjątkowe, w dodatku na ogół dotyczyła układu nauczyciel - 1 uczeń A - 1 uczeń B. Tymczasem tutaj tworzy się jakaś dziwna piramida, nad którą ciężko będzie zapanować. Dodałem też, że nie uznałbym takich osób i nie podzieliłbym się z nimi posiadaną przeze mnie wiedzą. Puenta A. była taka, że wie co robi, jest samodzielny i nie zamierza rezygnować z czegoś co działa całkiem nieźle.

 Jedna z uczennic z pokolenia C stwierdziła, że skoro jej nauczyciel i nauczyciel jej nauczyciela brali własnych uczniów już po 2/3 miesiącach szkolenia to jej też wolno. W końcu już tyle umie, ćwiczyła różne rytuały i nic złego się nie stanie. W czasie wykonywania rytuału usuwającego złe oko popełniła błąd - wezwała coś, czego nie była w stanie okiełznać. Początkowo myślała, że złe samopoczucie pacjenta i potencjalnego ucznia (nota bene jej chłopaka) to nic takiego. Z czasem okazało się, że sprawa nie jest wcale taka prosta, bo jej ukochany ma się coraz gorzej i jakoś nie może dojść do siebie. Zwróciła się o pomoc do swojego nauczyciela, który niestety jej nie pomógł, bo nie miał pojęcia co w takiej sytuacji zrobić. Finalnie sprawa oparła sie o samego A., któremu na szczęście udało się poskładać delikwenta do kupy.

 Finał historii jest taki, że powiedziałem "a nie mówiłem", a kolega początkowo twierdził, że to jednostkowy przypadek i wszystko nadal działa jak trzeba. Finalnie stwierdził, że może jednak nie do końca i musi przemyśleć swój system szkoleniowy. Oczywiście obraził się nieco po tym jak powiedziałem wprost jakie jest moje zdanie na ten temat.

Myślę, że komentarz do całej sprawy jest zupełnie zbyteczny, bo cała historia niesie ze sobą czytelny morał odnośnie tego co nalezy, a czego nie należy robić chcąc przekazać swoją wiedzę innym.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Szukaj na tym blogu

Łączna liczba wyświetleń

Archiwum

Obserwatorzy

Kontakt

mail: verm@onet.pl