4.29.2015
 Przeglądając rozmaite fora dyskusyjne (ezoteryczne i pogańskie) da się zauważyć, że prędzej czy później pojawia się temat alkoholu - ludzie dyskutują o jego magicznym znaczeniu oraz o tym, czy w ogóle wypada pić alkohol w czasie obrzędów albo po nich.

 Słowianie zdecydowanie nie byli abstynentami - to pewne. Różnili się za to rodzajem spożywanego alkoholu. W Polsce dawniej pito głównie piwo i miód pitny, moda na wódkę i samogon przyszła później. Podobnie miała się sprawa u naszych wschodnich sąsiadów, nasi południowi kamraci za to chętnie raczyli się winem.

 O tym ile nasi wschodni sąsiedzi byli w stanie wypić krążyły dawniej (i krążą też obecnie) legendy. Kronikarze rozpisywali się między innymi o pijaństwie Iwana Groźnego, który pił często, chętnie i oczywiście do dna.
 W niektórych sytuacjach picie było wręcz wymogiem - w czasie uczty w zasadzie obowiązkiem było wypicie zdrowia gospodarza - oczywiście do dna. Niedopełnienie tego zwyczaju było sporym afrontem, a osoba uchylająca się od picia mogła być uznana za wroga gospodarzy. Wznoszono także toasty za wyprawy wojenne - życzono aby w ciele wrogów zostało tyle krwi ile kropel alkoholu pozostaje w opróżnionym do dna naczyniu. Uważano, że najlepszym dowodem na to, że gospodarz urządził porządną ucztę było to, że jej uczestnicy nie wychodzili z niej głodni i trzeźwi.

 Alkohol pojawiał się także przy okazji chrzcin i zaślubin. W naszym kraju nadal są to imprezy suto zakrapiane alkoholem, mimo, że od jakiegoś czasu dyskutuje się nad podawaniem alkoholu w czasie chrzcin. Jednym z elementów wesela jest wypicie przez państwa młodych wódki i rzucenie kieliszków za siebie. Nasi wschodni sąsiedzi również mieli podobne zwyczaje. W czasie chrzcin każdy musiał wypić szklankę wódki - następnie naczynia toczono po stole. Miało to na celu usunięcie wszelkiego zła, które mogłoby zaszkodzić dziecku. Jednym ze zwyczajów weselnych było zawiązywanie panu młodemu rąk z tyłu - młody miał bez użycia rąk wypić szklankę berbeluchy, co miało dawać szczęście w dalszym małżeńskim życiu.

 Na południu ważną rolę pełniło wino - zwłaszcza czerwone, które ze względu na swój kolor było kojarzone z krwią.
Dzieciom tuż po urodzeniu lub podczas pierwszego karmienia dawano nieco wina, dzięki czemu miało być ono zdrowe i rumiane. Jednym ze zwyczajów związanych z narodzinami była tzw. "powojnica", czyli dary dla dziecka. Jednym z podarków, obok chleba, cebuli, soli i cukru, było także wino.
Wino występowało także w ceremonii ślubnej - para młoda myła w nim ręce, aby uchronić się od uroków. Kropiono nim także próg domu, w którym miało zamieszkać małżeństwo - miało to dawać im szczęście.
Ceremonia pogrzebowa także nie mogła się obejść bez wina - nie tylko jako napitku podczas stypy. Pomazanie zwłok winem lub pokropienie nim oczu, uszu i ust zabezpieczało przed powrotem zmarłego jako wampira. Butelki wina wkładano także do grobów - było to związane między innymi, z występującym w niektórych rejonach powtórnym pochówkiem.

 Pora przejść do kwestii spożywania różnej maści alkoholi podczas rozmaitych obrzędów. Czasami bywa tak, że podczas rytuału składa się różnym istotom (Bogom, Świętym etc) alkohol w ofierze, a osoby uczestniczące w rytuale spożywają jego (na ogół) niewielkie ilości, aby uczcić wezwane w czasie rytuału bóstwa. Oczywiście dopóki jest to jeden lub kilka łyków nie ma większego problemu, ale czasami sytuacja wymyka się spod kontroli. Pewnego razu odbywał się obrzęd - jedna z uczestniczących w nim osób przyniosła ze sobą bimber celem ofiarowania go bogom. Założenie było takie, że część trunku zostanie wylana na ziemię (ofiara dla bogów), a uczestnicy rytuału umoczą jedynie usta i wezmą mały łyk, aby rozluźnić się przed dalszą częścią obrzędu. Dwóch panów zwilżało sobie usta ową berbeluchą na tyle intensywnie, że w pewnym momencie butelka została całkowicie opróżniona. Z racji tego, że bimberek okazał się zdradziecki i miał spory woltaż (czego nie było czuć w smaku) panowie nie byli w stanie w pełni uczestniczyć w dalszej części obrzędu - jeden z nich miał problem z utrzymaniem równowagi, a drugi pod koniec rytuału po prostu zasnął pochrapując sobie pod ścianą. Obaj nieszczęśnicy przed dłuższy czas byli potem znani jako ci dwaj co to się ubzdryngolili rytualnym alkoholem na obrzędzie i byli obiektem rozmaitych żarcików.

 Czasami po obrzędzie następuje biesiada - tutaj teoretycznie można sobie pozwolić na mniejszą dyscyplinę odnośnie trunków, ale rozsądek także jest mile widziany, zwłaszcza jeśli ktoś ma słabą głowę albo zdarza mu się wyczyniać rozmaite głupoty będąc pod wpływem. Czasami zdarzają się wypadki - lepiej, żeby współbiesiadnicy nie widzieli obsikanych spodni, bo komuś pod pływem alkoholu puściły zwieracze, a był zbyt "zmęczony", żeby załatwić potrzebę jak Bogowie przykazali.

 Na koniec drobna ciekawostka - w pewnym poważnym czasopiśmie medycznym swego czasu opisano przypadek 61-letniego Amerykanina, który trafił do szpitala mając 3,7 promila alkoholu we krwi i twierdził, że nie pił alkoholu. W jego jelitach znaleziono Saccharomyces cerevisiae (jeden ze szczepów tego grzyba to tzw. drożdże piwne) - był to wynik antybiotykoterapii po operacji stopy. Znajdujące się w przewodzie pokarmowym Amerykanina drożdże "przerabiały" cukry pochodzące z pokarmów na etanol Opisano jeszcze co najmniej dwa przypadki tzw. zespołu fermentacji jelitowej - oba w Japonii; jeden z nich dotyczył trzynastolatki, a drugi trzyletniej dziewczynki. Jak widać nie trzeba wcale spożywać alkoholu aby wprawić się w stan upojenia alkoholowego.

 Osobom, które chcą poczytać nieco ciekawostek na temat historii alkoholu i jego roli rytualnej polecam m.in. artykuł napisany przez Agni i zamieszczony na stronie Wiccańskiego Kręgu (link).
4.27.2015
 Pora na kolejny tekst - jak podpowiada Blogger będzie to notka numer 96. Powoli zbliżam się do setki, która zapewne będzie jakimś tam podsumowaniem. Niemniej jednak to dopiero za jakiś czas, póki co trzeba skupić się na temacie bieżącym.

 Zbliża się pierwszy maja - dla jednych to Święto Pracy (z całą jego, mniej lub bardziej chlubną, historią), dla innych wspomnienie św. Józefa jako rzemieślnika (katolicka alternatywa dla laickiego Święta Pracy). Dla pogan to również ważny dzień, bo na noc z 30 kwietnia na 1 maja wiele osób będzie świętowało Beltaine/Walpurgię samodzielnie lub w grupie.

 Pierwszy maja był także dniem istotnym dla Słowian wschodnich i południowych - obchodzono wtedy święto związane z osobą proroka Jeremiasza. Było ono szczególnie popularne w przedrewolucyjnej Rosji oraz na Bałkanach. Z czasem niektóre tradycje związane z tym dniem zaczęły zanikać, ale obecnie różne grupy rodzimowiercze starają się je reaktywować w swoich obrzędach. Obecnie (za sprawą podwójnego datowania) święto to przypada teoretycznie na 14 maja, ale tradycja świętowania 1 maja nadal wydaje się być silna.

 Święto Jeremiasza było silnie związane z wegetacją i płodnością, bo był to dzień, w którym rozpoczynano siew. Wierzono, że właśnie tego dnia Jeremiasz (utożsamiany ze słowiańskim Jaryłą) chodzi po polach w wianku z maków, ubrany w białą sukmanę i przeobraża ziemię tak, aby była ona zdolna do przyjęcia ziarna i wydania plonu.Wybranie Jeremiasza na patrona tego dnia było całkiem sensowne - ze Starego Testamentu wiemy, że Jeremiasz chodząc po Jerozolimie nosił, własnoręcznie wykonane, jarzmo, które miało być symbolem  niewoli babilońskiej. Poza tym miał być bardzo wyrozumiały i wspomagać chłopów w ich cięzkiej, polowej pracy.

 Zgodnie z ludowymi wierzeniami tego właśnie dnia Jeremiasz (niektórzy naukowcy kojarzą go z Jaryłą) chodził po polach w białym stroju i wianku z maków. W dłoniach trzymał dojrzałe kłosy różnych roślin. Jego zadaniem było otwarcie ziemi tak, aby mogła ona przyjąć ziarno i wydać bogaty plon. Ze świętem tym były więc związane rozmaite rytuały mające na celu zapładnianie ziemi. W różnych miejscach rosyjskich internetów można spotkać opowieści o tym, jak to w niektórych kołchozach w XX wieku organizowane były zbiórki pewnego konkretnego "datku", który następnie umieszczano w ziemi, aby ją zapłodnić. Nie wiem czy są one prawdziwe, ale postanowiłem o nich wspomnieć w ramach ciekawostki.

 Pierwszego maja chłopi wychodzili w pole, brali ziemię do rąk i starali się wyczuć, czy jest ona gotowa na siew. Jeśli próba wypadała pomyślnie rozpoczynano modlitwy - zwracano się w stronę trzech kierunków świata (pomijano północ) i po wypowiedzeniu odpowiednich słów rzucano garść ziarna w danym kierunku. Po tych obrzędach rozpoczynano sianie - w zależności od rodzaju rośliny jej sianiem zajmowały się kobiety lub mężczyźni.

 W niektórych rejonach Bałkanów na Jeremiasza (święto określano tam mianem Irminden) odbywała się tzw. Paparuda. Był to rytuał mający na celu sprowadzenie deszczu. Polegał on na przebieraniu się w kolorowe stroje (na ogół były one sporządzane z liści), chodzeniu po wsi, śpiewaniu odpowiednich pieśni i oblewaniu się wodą. Data Paparudy mogła być różna - 1/14 maja, 6 maja, w okresie Wielkanoc-Zielone Świątki, 40 dni po Wielkanocy etc. Odprawiano go także w przypadku długotrwałej suszy zagrażającej plonom. Nazwa święta pochodzi pradopodobnie od imienia bogini Paparudy zwanej też Dodolą, która miała być żoną Pieruna i patronką deszczu.

 Z dniem Jeremiasza związane były także obrzędy mające na celu pozbycia się z domów i obejść węży i jaszczurek, bo uważano Jeremiasza za ich opiekuna. Wszelkie dziury w ścianach należało zatkać gliną lub szmatami i dokładnie posprzątać całe obejście. Śpiewano odpowiednie piosenki, wykrzykiwano zaklęcia i robiono hałas, aby węże wyniosły się tam, gdzie ich miejsce.

 Innym zwyczajem związanym z Irminden i praktykowanym w Bułgarii było wykonywanie tzw. podnic. Były to specjalne gliniane foremki używane do pieczenia chleba. Z tego co wiem wykonuje się je do dzisiaj.


 Z obchodami Beltaine związana jest tradycja rozpalania ogni. W niektórych rejonach Słowianie też to robili - skakali przez nie, między innymi po to, aby przegonić węże. Opisywano nawet zwyczaj wykonywania męskiej kukły ze słomy, którą następnie palono w ogniu.
4.19.2015
 Pisząc o Benedicarii poszukiwałem Aradii - pora przyjrzeć się innym terenom geograficznym i poszukać innych bogiń, które niejednokrotnie zostały połączone z chrześcijańskimi świętymi.

 Poszukiwania warto zacząć folkloru Słowian wschodnich jako bliższego nam, zwłaszcza, że opierają się na nim obecne na Podlasiu praktyki magiczne. Bardzo istotną, na tych terenach, Świętą jest Paraskiewa, o której pisałem już na blogu poświęcając jej oddzielny tekst. Na ogół przedstawia się ją jako młodą kobietę w białej sukience i płachcie, chociaż zdarzały się też wizerunki, na których Święta jest naga i ma rozwichrzone włosy. Atrybutem Paraskiewy było wrzeciono, które trzymała w dłoniach, czasami poplamionych krwią od przędzenia.

 Dawniej wśród chłopów dniem odpoczynku był przede wszystkim piątek - dotyczyło to także kobiet, które miały unikać wszelkich prac związanych z tkaniem i przędzeniem. Z owym tabu była związana właśnie Paraskiewa, która miała karać nieprzestrzegające zasad kobiety zsyłając na nie rozmaite nieszczęścia. Z Paraskiewą związany był także zwyczaj wieszania w piątki na płotach ręczniczków i wstążek.

 Z Paraskiewy uczyniono patronkę kobiet (zwłaszcza tych, które nie mogły zajść w ciążę), płodności, rodzin i prządek. Widać tu ewidentny związek ze słowiańską Mokoszą - jej związek z Paraskiewą potęguje fakt, że Świętą często przedstawiano w pobliżu rozmaitego rodzaju rzek, studni czy źródeł.

 Święta Paraskiewa występuje często w trójcy ze św. Barbarą i św. Anastazją - tójca ta jest chrześcijańskim odpowiednikiem pogańskich rodzanic.

 Św. Barbara również była patronką płodności - w dzień jej święta gotowano potrawę z pszenicy, która miała zapewniać płodność. Oprócz pszenicy dodawano także różne warzywa. Na Ukrainie z dniem św. Barbary związane było przygotowywanie tzw. uzwaru - był to kompot z susoznych owoców z dodatkiem miodu. Istniał także zwyczaj przygotowywania w tym dniu pszenicy jako lekarstwa na choroby bydła i ludzi. Zjadanie przygotowywanych na św. Barbarę potraw miało dawać zdrowie wszystkim domownikom, zwłaszcza dzieciom.

 Z obchodami św. Barbary były też związane rozmaite zakazy - kobietom nie wolno było szyć, bo wymagało to użycia igły, a to mogło źle wpłynąć na zdrowie obecnych w domu dzieci. Nie można także tkać i używać wrzeciona.

 Podobną trójcę można też znaleźć na zachodzie - w katolicyzmie istnieje kult Czternastu Świętych Wspomożycieli. "Sercem" Czternastu są trzy dziewice - św. Małgorzata Antiocheńska, św. Barbara i św. Katarzyna. W Niemczech znany jest pewien wierszyk, który pomaga zapamiętać atrybuty trzech dziewic:

"Sant Margaretha mit dem Wurm,
Sankt Barbara mit dem Turm,
Sankt Catharina mit dem Radl,
das sind die heiligen drei Madl".


 Pora udać się na południe i przyjrzeć się foklorowi Słowian południowych. Podobnie jak na wschodzie istnieje tam kult św. Barbary (piecze się wtedy specjalny chleb, który ma dawać zdrowie i płodność) oraz św. Paraskiewy, ale ta druga przedstawiana jest w inny sposób. Ma ona postac starej kobiety, jest uznawana za symbol śmierci i odrodzenia - widać tu pewne aspekty związane z naszą Marzanną.

 Na Bałkanach jedną z bardziej znanych świętych jest Eudokia. Zogdnie z oficjalną hagiografią będąc poganką zdobyła wielkie bogactwo dzięki swej urodzie. Nawróciła się za sprawą mnicha Germanosa, który ochrzcił ją po tym jak ukazał jej się w wizji archanioł Michał. Eudokia ufundowała klasztor w okolicach Heliopolis, gdzie dokonała wielu cudów. Na Bałkanach Eudokię przedstawia się jako starszą kobietę, a jej święto przypada na 1/14 marca. Był to dzień związany przede wszystkim z oczyszczaniem - kobiety dokładnie sprzątały chałupy wymiatając wszystkie śmieci, odprawiano także różne gusła mające na celu pozbycie sie pcheł i węży.

 W Rumunii Eudokia nazywana jest Babą Dokią lub Dokiją - związane są z nią różne legendy, których wspólnym mianownikiem jest to, że Dokija umiera, bo lekceważy zmienną marcową pogodę. Jedna z opowieści mówi o tym, że Dochia miała syna o imieniu Dragomir/Dragobet - miał on żonę, której Dokia nie akceptowała. Wysłała ona swoją synową aby nazbierała jagód. Rzecz działa się właśnie 1 marca, więc na znalezienie jagód w lesie nie było większych szans. Na szczęscie pojawił się leśny bóg, kóry pomógł synowej w znalezieniu jagód. Gdy Dokija zobaczyła jagody uznała, że przyszła już wiosna i wyprowadziła swoje kozy na popas. Ubrała dwanaście kozich skór, ale gdy pojawił się deszcz postanowiła je zdjąć. Chwilę po tym pogoda diametralnie się zmieniła, zrobiło się bardzo zimno i Dokija zamarzła razem ze swoimi kozami. W innej legendzie również pojawia się synowa, którą Dokija wysyła z czarną wełną nad rzekę i przykazem, że ma ją prać do momentu, gdy zmieni kolor na biały. Dziewczynie w zadaniu pomaga Jezus, który ofiarowuje jej specjalny kwiat. Koniec historii jest analogiczny jak tej zaprezentowanej wcześniej. Ostatnia legenda, o której warto wspomnieć kończy się nieco inaczej, bo Dokija zostaje zamieniona w kamień razem ze swoim stadem.


                      (zdjęcie pochodzi ze strony Dezvoltare Spirituala)

Inną istotną postacią w bałkańskim foklorze jest tzw. Baba. Na terenie Bałkanów znaleźć można kilka nazw geograficznych związanych z tą postacią. Przykładem jest chociażby znajdujący się w Serbii Babin Zub.



                                     (zdjęcie z Wikipedii)

Baba jest niebezpieczna, ale posiada jednocześnie starożytną wiedzę i magiczne przedmioty, którymi dzieli się z wybranymi przez siebie osobami. To, czy Baba udzieli swojej pomocy czy nie zależało od tego jak śmiałek odpowie na zadane przez Babę pytanie. Jeżeli odpowiedź będzie błędna może zostać zamieniony w kamień lub jakieś zwierze albo zostać niewolnikiem Baby i pracować w jej gospodarstwie.

 Ciężko powiedzieć kim de facto jest Baba i jakie pogańskie bóstwo miałaby reprezentować. Wiadomo, że wiele bałkańskich demonów określa się tym mianem. Jednym z bardziej znanych jest Baba Pehtra. Zgodnie z folklorem produkuje ona śnieg, karze złe dzieci nagradzając przy okazji dobre. Jej zadaniem było także karanie kobiet, które wykonywały zakazane w określone dni prace. Wierzono także, że Pehtra schodziła z gór w czasie Dwunastu Nocy prowadząc krowę i niosąc ze sobą złote wrzeciono. Mężczyźni brali dzwonki, garnki i inne przedmioty służące do wytwarzania hałasu, aby ją przegonić.

 Ostatnią istotą, o której warto wspomnieć to tzw. Leśna Matka (Muma Padurii). Jest to prawdopodobnie bóstwo bardzo stare, występuje na całym terenie Bałkanów, ale w różnych rejonach przedstawiane inaczej. Można wskazać elementy wspólne - postać ta związana jest z płodnością, chroni las i jego mieszkańców przed nieproszonymi gośćmi. Oprócz tego jest uważana za patronkę kobiet, zwłaszcza ciężarnych. Nie lubi miast i wsi oraz związanego z nimi zgiełku. Pojawia się na ogół o północy w wybranych przez siebie świętych miejscach.
Sposób jej przedstawiania bywa różny - może być ona widziana jako dziewczyna lub kobieta w średnim wieku z dużymi piersiami i długimi włosami ubrana w białą szatę. Ma także zdolność zamiany w zwierzę - na ogół w indyka, sukę, świnię, klacz lub krowę.

 Inne przedstawienie Leśnej Matki pokazuje ją jako starą, brzydką kobietę, która niesie ze sobą różne magiczne narzędzia i której trzeba za wszelką cenę unikać.

 Z Muma Padurii związana jest opowieść o jej mężu, który jest królem lasu. Zgodnie z legendą Muma zabija spotkanego w lesie człowieka, a następnie wskrzesza go i poślubia obdarowując rozmaitymi magicznymi mocami.
4.10.2015


 Stonka atakuje od strony morza, a wszystkiemu winni są Amerykanie :>

 Dzisiaj "pasiasty" dywersant nie atakuje już tak bezwzględnie jak kiedyś (zwłaszcza od strony morza) - mamy inne problemy, ale wina znów leży po stronie Amerykanów, bo to oni wymyślili internety i fejsgrozę :>

 Mam na myśli plagę różnej maści "specjalistów", którzy masowo atakują na FB, stronach internetowych i forach dyskusyjnych. Głównym przykazaniem "speca" jest maksyma "nie znam się, to się wypowiem", zwłaszcza, że internety dają ku temu, w zasadzie, nieograniczone możliwości. Zjawisko mnoży się w zastraszającym tempie - niczym stonka będąca, w pewnym okresie, głównym straszakiem PRLu.

 Jakiś czas temu na pewnym forum (zwanym przez niektórych "pieszczotliwie" Klozetem) odbyła się dyskusja na temat tzw. Trzynastu Celów Czarownicy. W dyskusji brały udział przede wszystkim dwie osoby  - inicjowana wiccańska Arcykapłanka (znająca temat w teorii i praktyce) oraz "Specjalistka od Spraw Magicznych Wszelakich". Na wzmiankę o tym, że Trzynaście Celów nie jest tekstem stricte wiccańskim "Specjalistka" zareagowała szokiem, bo nie do pomyślenia jest fakt, że "jakiś Wiccanin może tego nie znać", w dodatku utrzymywała, że twórcą rzeczonego tekstu jest Gerald Gardner. Przyparta do muru (przy pomocy sensownych argumentów) orzekła w końcu, że "W każdym razie... mniejsza o to. Może masz racje, mnie Wicca nie interesuje." Nie ma to jak poczytać "Specjalistę", który "zna" się na rzeczy ;]  W innym temacie "Specjalistka" stwierdziła, że o wiccanach wie sporo, ale niestety nie popisała się wiedzą w temacie.

 Niedawno na FB wywiązała się dyskusja na temat ofiar ze zwierząt. Jedna z dyskutantek posiłkując się internetowym artykułem sugerowała dość mocno, że osoby popierające zabijanie zwierząt mają coś wspólnego z psychopatami. Przy okazji pomyliła psychologa z psychiatrą ;] Z takiego myślenia można wysnuć wniosek, że każde dziecko ciągające kotka lub pieska za ogon i uważające to za dobrą zabawę wyrośnie na przyszłego psychopatę. Zawsze mi się wydawało, że do formowania rozpoznań tego typu potrzeba co najmniej ukończenia medycyny albo certyfikatu psychoterapeuty, ale jak widać wystarczy artykuł z internetów i kilku znajomych psychiatrów. Pomijając jakość takich rozpoznań i porad samo zjawisko, od biedy, można uznać za pozytywne - w Polsce brakuje psychiatrów, więc tacy "specjaliści" mogą być lekarstwem na ten nieciekawy fakt.

 Ostatni przykład działania "specjalistów" dotyczy mojego podwórka i dotyczy szeptuch. Na różnych forach można poczytać sporo o tym kim szeptuchy są i w co dokładnie wierzą - co ciekawe na ogół na ten temat wypowiadają się osoby, które szeptuchę widziały jedynie na filmach zamieszczonych na Youtube. Są nawet dyskusje dotyczące tego, czy obecni dysponenci wiedzy szeptuch to szeptuchy, czy nie.

 Odpowiedź na to, w co wierzą szeptuchy jest dość przewrotna i wcale nie taka prosta jak się wydaje. Same babki na ogół twierdzą, że modlą sie do Świętych Pańskich - problem polega na tym, że jak człowiek posłucha opowieści na ich temat okazuje się, że z tą ich chrześcijańskością bywa różnie. Ludowe opowieści o Świętych pełne są pogańskich naleciałości i czasami dalekie są od oficjalnych hagiografii prezentowanych przez Kościół Katolicki czy Cerkiew Prawosławną. Między innymi dlatego Kościół/Cerkiew odcina się od takich praktyk i uważa je za magię. Bądź co bądź Kościół/Cerkiew najlepiej wie kto jest katolikiem/prawosławnym, a kto nie i w co taka osoba powinna de facto wierzyć. Dla osób zainteresowanych tym jak wiele pogańskich elementów zawiera ludowy kult różnych Świętych polecam ten artykuł (link) - zawiera on odniesienia do wartościowych źródeł potwierdzających zaprezentowane przez Autora informacje i tezy.

 To, czy współcześni adepci magii ludowej są szeptuchami czy nie - biorąc pod uwagę, że są "inicjowani" tak jak trzeba, używają tych samych metod i zwracają się do tych samych bytów (czyli Świętych) nie widzę sensu odmawiania im tej etykietki. To, że owych Świętych pojmują nieco inaczej (bo są świadomi wielu pogańskich elementów swojej sztuki) i często nie używają terminu "szeptun" (nie dziwię im się, oglądając i słuchając pewnego szeptucha z telewizji) jest zupełnie inną parą kaloszy.

Szukaj na tym blogu

Łączna liczba wyświetleń

Archiwum

Obserwatorzy

Kontakt

mail: verm@onet.pl