4.29.2015
 Przeglądając rozmaite fora dyskusyjne (ezoteryczne i pogańskie) da się zauważyć, że prędzej czy później pojawia się temat alkoholu - ludzie dyskutują o jego magicznym znaczeniu oraz o tym, czy w ogóle wypada pić alkohol w czasie obrzędów albo po nich.

 Słowianie zdecydowanie nie byli abstynentami - to pewne. Różnili się za to rodzajem spożywanego alkoholu. W Polsce dawniej pito głównie piwo i miód pitny, moda na wódkę i samogon przyszła później. Podobnie miała się sprawa u naszych wschodnich sąsiadów, nasi południowi kamraci za to chętnie raczyli się winem.

 O tym ile nasi wschodni sąsiedzi byli w stanie wypić krążyły dawniej (i krążą też obecnie) legendy. Kronikarze rozpisywali się między innymi o pijaństwie Iwana Groźnego, który pił często, chętnie i oczywiście do dna.
 W niektórych sytuacjach picie było wręcz wymogiem - w czasie uczty w zasadzie obowiązkiem było wypicie zdrowia gospodarza - oczywiście do dna. Niedopełnienie tego zwyczaju było sporym afrontem, a osoba uchylająca się od picia mogła być uznana za wroga gospodarzy. Wznoszono także toasty za wyprawy wojenne - życzono aby w ciele wrogów zostało tyle krwi ile kropel alkoholu pozostaje w opróżnionym do dna naczyniu. Uważano, że najlepszym dowodem na to, że gospodarz urządził porządną ucztę było to, że jej uczestnicy nie wychodzili z niej głodni i trzeźwi.

 Alkohol pojawiał się także przy okazji chrzcin i zaślubin. W naszym kraju nadal są to imprezy suto zakrapiane alkoholem, mimo, że od jakiegoś czasu dyskutuje się nad podawaniem alkoholu w czasie chrzcin. Jednym z elementów wesela jest wypicie przez państwa młodych wódki i rzucenie kieliszków za siebie. Nasi wschodni sąsiedzi również mieli podobne zwyczaje. W czasie chrzcin każdy musiał wypić szklankę wódki - następnie naczynia toczono po stole. Miało to na celu usunięcie wszelkiego zła, które mogłoby zaszkodzić dziecku. Jednym ze zwyczajów weselnych było zawiązywanie panu młodemu rąk z tyłu - młody miał bez użycia rąk wypić szklankę berbeluchy, co miało dawać szczęście w dalszym małżeńskim życiu.

 Na południu ważną rolę pełniło wino - zwłaszcza czerwone, które ze względu na swój kolor było kojarzone z krwią.
Dzieciom tuż po urodzeniu lub podczas pierwszego karmienia dawano nieco wina, dzięki czemu miało być ono zdrowe i rumiane. Jednym ze zwyczajów związanych z narodzinami była tzw. "powojnica", czyli dary dla dziecka. Jednym z podarków, obok chleba, cebuli, soli i cukru, było także wino.
Wino występowało także w ceremonii ślubnej - para młoda myła w nim ręce, aby uchronić się od uroków. Kropiono nim także próg domu, w którym miało zamieszkać małżeństwo - miało to dawać im szczęście.
Ceremonia pogrzebowa także nie mogła się obejść bez wina - nie tylko jako napitku podczas stypy. Pomazanie zwłok winem lub pokropienie nim oczu, uszu i ust zabezpieczało przed powrotem zmarłego jako wampira. Butelki wina wkładano także do grobów - było to związane między innymi, z występującym w niektórych rejonach powtórnym pochówkiem.

 Pora przejść do kwestii spożywania różnej maści alkoholi podczas rozmaitych obrzędów. Czasami bywa tak, że podczas rytuału składa się różnym istotom (Bogom, Świętym etc) alkohol w ofierze, a osoby uczestniczące w rytuale spożywają jego (na ogół) niewielkie ilości, aby uczcić wezwane w czasie rytuału bóstwa. Oczywiście dopóki jest to jeden lub kilka łyków nie ma większego problemu, ale czasami sytuacja wymyka się spod kontroli. Pewnego razu odbywał się obrzęd - jedna z uczestniczących w nim osób przyniosła ze sobą bimber celem ofiarowania go bogom. Założenie było takie, że część trunku zostanie wylana na ziemię (ofiara dla bogów), a uczestnicy rytuału umoczą jedynie usta i wezmą mały łyk, aby rozluźnić się przed dalszą częścią obrzędu. Dwóch panów zwilżało sobie usta ową berbeluchą na tyle intensywnie, że w pewnym momencie butelka została całkowicie opróżniona. Z racji tego, że bimberek okazał się zdradziecki i miał spory woltaż (czego nie było czuć w smaku) panowie nie byli w stanie w pełni uczestniczyć w dalszej części obrzędu - jeden z nich miał problem z utrzymaniem równowagi, a drugi pod koniec rytuału po prostu zasnął pochrapując sobie pod ścianą. Obaj nieszczęśnicy przed dłuższy czas byli potem znani jako ci dwaj co to się ubzdryngolili rytualnym alkoholem na obrzędzie i byli obiektem rozmaitych żarcików.

 Czasami po obrzędzie następuje biesiada - tutaj teoretycznie można sobie pozwolić na mniejszą dyscyplinę odnośnie trunków, ale rozsądek także jest mile widziany, zwłaszcza jeśli ktoś ma słabą głowę albo zdarza mu się wyczyniać rozmaite głupoty będąc pod wpływem. Czasami zdarzają się wypadki - lepiej, żeby współbiesiadnicy nie widzieli obsikanych spodni, bo komuś pod pływem alkoholu puściły zwieracze, a był zbyt "zmęczony", żeby załatwić potrzebę jak Bogowie przykazali.

 Na koniec drobna ciekawostka - w pewnym poważnym czasopiśmie medycznym swego czasu opisano przypadek 61-letniego Amerykanina, który trafił do szpitala mając 3,7 promila alkoholu we krwi i twierdził, że nie pił alkoholu. W jego jelitach znaleziono Saccharomyces cerevisiae (jeden ze szczepów tego grzyba to tzw. drożdże piwne) - był to wynik antybiotykoterapii po operacji stopy. Znajdujące się w przewodzie pokarmowym Amerykanina drożdże "przerabiały" cukry pochodzące z pokarmów na etanol Opisano jeszcze co najmniej dwa przypadki tzw. zespołu fermentacji jelitowej - oba w Japonii; jeden z nich dotyczył trzynastolatki, a drugi trzyletniej dziewczynki. Jak widać nie trzeba wcale spożywać alkoholu aby wprawić się w stan upojenia alkoholowego.

 Osobom, które chcą poczytać nieco ciekawostek na temat historii alkoholu i jego roli rytualnej polecam m.in. artykuł napisany przez Agni i zamieszczony na stronie Wiccańskiego Kręgu (link).

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Szukaj na tym blogu

Łączna liczba wyświetleń

Archiwum

Obserwatorzy

Kontakt

mail: verm@onet.pl