5.14.2015
 Oto setny wpis na blogu - z tej okazji trochę statystyk i refleksji. Blog powstał w 2011 roku (trudno uwierzyć, że ma już grubo ponad 3 lata) - miał być alternatywą w stosunku do, zalewających internet, opowieści dziwnej treści na temat magii dla osób, które szukają czegoś więcej. W pewnym momencie w ezośrodowisku ta konkretna magia zrobiła się bardzo modna - wiele wróżek zaczęło oczyszczać jajkami (powodując się na "starożytną wiedzę szeptuch"), pojawiły się nawet warsztaty o tej tematyce z bardzo dziwnymi programami. Postanowiłem stworzyć miejsce, gdzie ludzie będą mieli okazję zobaczyć jak ta magia ludowa, pochodząca z rejonów słowiańszczyzny rzeczywiście wygląda. Początkowo na bloga zaglądali głównie znajomi (którym dziękuję za wsparcie, gdyby nie oni pewne dawno rzuciłbym to blogowanie w cholerę), ale potem liczba czytelników zaczęła się systematycznie zwiększać, przybywało też wejść na bloga.

Dziękuję wszystkim czytelnikom za odwiedzanie "Wieśnych magii...", wszystkie uwagi, propozycje dotyczące tematów na wpisy i tak dalej.

 Obecnie blog to 100 wpisów, 301 komentarzy i 45 tysięcy wyświetleń, co biorąc pod uwagę jego tematykę jest dla mnie sporym zaskoczeniem.

 Dzisiejszy wpis będzie poświęcony rozmaitym wpadkom, które mogą zdarzyć się w czasie rytuałów. Są to historie różnych osób, które zdecydowały się podzielić swoimi opowieściami i zgodziły się na ich publikację na tym blogu.

Głos z zaświatów

Cała rzecz działa się w czasie rytuału, który miał na celu skontaktowanie się ze zmarłymi przodkami. Brało w nim udział kilka osób - zamysł był taki, że na początku rytuału nastąpi wezwanie zmarłych, potem będzie część dalsza z ofiarami i biesiadą, a uczestnicy będą wyczekiwać na ewentualny znak od przodków wezwanych w czasie rytuału.

 Po recytacji wezwania, w czasie składania ofiar (co stanowiło główną i najdłuższą część rytu) rozległ się nagle nie wiadomo skąd głos, który krzyknął "Put your hands up in the air!". Jedna z osób odruchowo podniosła ręce do góry nie bardzo wiedząc co się dzieje. Okazało się, że jeden z uczestników rytuału zostawił swój telefon w plecaku, ale zapomniał go wyłączyć. Jako dzwonek miał ustawioną piosenkę jakąś tam, gdzie artysta krzyczy właśnie to zdanie, a "głos z zaświatów" to wina jego kolegi, który zadzwonił do niego na komórkę.

Morał: sprawdzić czy telefon rzeczywiście został wyłączony na amen.

Magiczna Telimena

Rytuał, którego dotyczy ta historia dział się na świeżym powietrzu, w dodatku był odprawiany nago. W takim wypadku pojawia się drobny problem techniczny, bo nie każdy wie co wtedy zrobić z athame/rytualnym nożem używanym w celach magicznych. Metody rozwiązania problemu są różne - np. moja znajoma zrobiła sobie z gumy ze starych majtek rodzaj podwiązki na udo.

 Bohater stwierdził, że wbije nóż w ziemię i w razie potrzeby po prostu wyciągnie go i zrobi co trzeba. Znalazł nawet stosowne miejsce do sfinalizowania swojego planu. Owo miejsce okazało się być mrowiskiem, a jego mieszkańcy nie wyrazili zachwytu tym, że ktoś wepchnął coś w wybudowany z mozołem mrówczy domek. Tego co działo się dalej możecie się domyśleć sami.

Morał: zastanowić się co gdzie się wkłada i wtyka.

Kadzielnica

Głównym bohaterem będzie pewien pan, który kupił sobie sporych rozmiarów kościelną kadzielnicę, żeby okadzać miejsce odprawiania rytuałów. Miał pewne problemy z jej obsługą i wziął się do okadzania z tam dużym zapałem, że zawartość kadzielnicy wylądowała na dywanie. Na szczęście wielkiego pożaru nie było, ucierpiał jedynie dywan.

Morał: uważać na niektóre narzędzia, bo mogą sprawiać problemy w czasie rytuałów.

Chory kwiatek

Rytuał był grupowy, świąteczny, związany z płodnością i wegetacją. Osoba organizująca poprosiła uczestników o przyniesienie kwiatów. Miała na myśli sadzonki w doniczkach. Jeden z uczestników nie do końca chyba zrozumiał polecenie, bo przytargał ze sobą wielką rośliną w donicy (bodajże była to jukka). Tłumaczył się potem tym, że to jego ulubiony kwiatek, w dodatku jest trochę chory, bo ma jakieś kropki na liściach i bohater liczył na to, że rytuał pomoże kwiatkowi powrócić do zdrowia.

Morał: dokładnie formułować polecenia dotyczące tego co uczestnicy mają przynieść na zaplanowany rytuał.

Ale jaja

Bohaterka kolejnej opowieści zajmuje się między innymi oczyszczaniem przy pomocy jaja. Jakiś czas przed rytuałem wyciąga jajka z lodówki, żeby nieco się ogrzały (pacjenci nie reagują zbyt entuzjastycznie na wodzenie po skórze zimnym jajkiem). Po wykonaniu rytuału okazało się, że jajka nie da się wbić do szklanki, bo zostało ugotowane na twardo. Wyjaśnienie było bardzo proste - syn bohaterki ugotował sobie wyciągnięte jajka na śniadanie, ale nie zdążył zjeść ich wszystkich.

Morał: uważać na domowników i narzędzia rytualne, które da się zjeść.

Ruszający się obrus

Stolik, na którym rozłożono narzędzia został przykryty sporą serwetą wykończoną frędzlami. W czasie rytuału nagle serweta zaczęła się ruszać! Okazało się, że wszystkiemu winien jest kot, który postanowił, że przyszła pora na zabawę i uczepił się pazurami brzegu tkaniny.

Morał: uważać na zwierzęta, lubią sprawiać niespodzianki.

2 komentarze:

  1. podobało mi się:D

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne opowiadania , samo życie.Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń

Szukaj na tym blogu

Łączna liczba wyświetleń

Archiwum

Obserwatorzy

Kontakt

mail: verm@onet.pl