3.01.2017
 Wbrew pozorom tekst nie będzie o biologii - nie będę opisywał przemiany pokoleń u mszaków czy płazińców, bo blog nie jest o tym.

 W internetach gruchnęła wieść o tym, że babka z Orli "nie jest już czynna zawodowo". Dostałem w tej sprawie nawet kilka maili. Tak, to prawda, Wiera wstrzymała przyjęcia. Nie pytajcie mnie, czy zrobiła to jedynie tymczasowo, czy na stałe - nie wiem, ciężko powiedzieć. Być może zrobiła sobie tylko chwilową przerwę, ale raczej się na to nie zanosi. Nie wiadomo też, czy zostawiła jakąś następczynię - nikt taki póki co się nie pojawił, więc z dużą dozą ostrożności można przyjąć, że nikt taki się jednak nie pojawi. Nadal przyjmuje babka z Rutki, ale to leciwa kobiecina (ile ma lat nie wiem, niewykluczone, że ona sama tego nie wie) i nie należy się spodziewać, że przejmie wszystkich pacjentów babki z Orli.

 W odpowiedzi na lamenty "olaboga, co to będzie jak one wszystkie wymrą" mogę napisać jedynie to, że i owszem wymrą, bo ludzie są śmiertelni i taki nasz los, że kiedyś po każdego przyjdzie śmierć :> Generalnie dokona się spora zmiana pokoleniowa, bo od uzdrawiania w imię Boże przejdziemy do fazy "czarownictwo ludowe". Tak, wiąże się to z tym, że niektóre praktyki najprawdopodobniej wypadną z obiegu, bo nie będą pasować do nowej wizji. Nie ma w tym niczego dziwnego ani nowego - lekką ręką mogę wyliczyć całą masę tekstów i praktyk, które obecnie są już martwe, bo zmieniła się rzeczywistość. Wymarło np. sporo praktyk związanych z rolnictwem, bo w dobie mechanizacji, chleba w sklepie i innych cudowności zwyczajnie przestały być potrzebne.

 Przy okazji odniosę się do kwestii przemiany pokoleń. Pierwotnie było tak, że uzdrowiciel wybierał jedną, maksymalnie dwie osoby (najlepiej z rodziny, ale nie zawsze), przekazywał im swoją moc i wiedzę, a następnie umierał z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Tak było m.in. z babką z Orli, która otrzymała moc i wiedzę po rodzinie i w ogóle nie dzieliła się swoją wiedzą z postronnymi. Taki model opisują też etnografowie w pracach poświęconych szeptuchom.

 Nie jest to jednak model jedyny. Babka z Rutki dzieliła i dzieli się swoją wiedzą ze sporą grupą osób, ale nie ze wszystkimi jednakowo. Pewnymi technikami dzieli się jedynie z osobami, które jej podpasują. Ciężko mi powiedzieć ile jest takich osób - podejrzewam, że co najmniej kilka, być może kilkanaście, z pewnością nie kilkadziesiąt. Podobnie robiła zresztą babka z Dubicz. Być może babka z Rutki w końcu namaści jedną osobę na oficjalnego następcę, ale na razie się na to nie zanosi.

 Są uzdrowiciele, którzy w przeciągu kilkudziesięciu lat działalności wyszkolili kilka-kilkanaście osób. Jedni biorą tylko jednego ucznia na raz, inni są w stanie uczyć kilka osób jednocześnie. Rozsądnym maksimum wydaje się posiadanie jednoczasowo 4-5 osób "w terminie". Zapanowanie nad większą gromadką może być po prostu niemożliwe, ale znam osoby, które to potrafią. Są też ludzie mający po kilkunastu padawanów jednocześnie, ale to już bardziej komercyjne "twory" w stylu Szeptuchowego Hogwartu.

 Można założyć, że po około dziesięciu latach regularnej praktyki przychodzi czas na to, żeby zacząć kogoś przyuczać. Dziesięciolatek ma już na tyle dużo mocy i wiedzy, że powinien poradzić sobie ze wszystkimi problemami, jakie mogą pojawić się w czasie szkolenia. Zdarza się, że ktoś zaczyna uczyć wcześniej, o ile ma pod ręką kogoś starszego, kto w razie czego wesprze radą.

 Samodzielność rozumianą jako "wiem co robię, wiem dlaczego, umiem (na ogół) wyplątać się z kaszany, w którą się wpakowałem" osiąga się, mniej więcej, po 4-5 latach. Bywają w praktyce osoby, które samodzielne są po około dwóch latach, a po pięciu-sześciu mogą przyuczać, ale to się zdarza rzadko i jest często wynikiem bardzo intensywnego szkolenia i praktykowania.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Szukaj na tym blogu

Łączna liczba wyświetleń

Archiwum

Obserwatorzy

Kontakt

mail: verm@onet.pl